W SETNĄ ROCZNICĘ ODZYSKANIA NIEPODLEGŁOŚCI – wspomnienie dróg krętych – świętokrzyskich – do Niej wiodących – oparte o kielecki dworzec kolejowy i ciekockie sapowate grunta…

Ponieważ ŚWIĘTO STULECIA ODZYSKANIA NIEPODLEGŁOŚCI poprzedza DZIEŃ WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH oraz DZIEŃ ZADUSZNY… powinniśmy może najpierw skierować kroki ku Kieleckiemu Miastu Umarłych – Cmentarzom Kieleckim – Staremu i Nowemu… Gdzie znajdują się MOGIŁY WALCZĄCYCH I POLEGŁYCH STO LAT TEMU W BOJACH O NIEPODLEGŁĄ – Legionistów Piłsudskiego i innych żołnierzy walczących w czasie I wojny światowej oraz Żołnierzy Odrodzonego Wojska Polskiego, bijących się o kształt nowych granic Polski w latach 1918 – 1921… CZEŚĆ ICH PAMIĘCI… CHWAŁA BOHATEROM!

Kielecki cmentarz wojskowy

Równe rzędy krzyży na Cmentarzu Wojskowym w Kielcach - sercu Gór Świętokrzyskich... Takie rzędy krzyży biegną poprzez serce Polski - niczym blizny - jest ich wiele - blisko i daleko stąd... Miejsce wiecznego spoczynku znaleźli tutaj Bohaterowie Walk o Niepodległą - Powstańcy Styczniowi, Legioniści Piłsudskiego, żołnierze wojny polsko - bolszewickiej, żołnierze wojny obronnej 1939 roku... Większość tych krzyży posiada tabliczki NN... Rodziny do dziś nie wiedzą, gdzie spoczęły Ich kości - najbliższych sercu bohaterów... Kręte ścieżki Niepodległej boleśnie krzyżują się w takich właśnie miejscach...

Wyprawę naszą dzisiejszą rozpoczniemy jednak od PLACU NIEPODLEGŁOŚCI – centralnego punktu Kielc. Tutaj schodzą się i rozchodzą drogi zabieganych w dniu powszednim mieszkańców miasta, a także gości odwiedzających gród nad Silnicą

TO TUTAJ PADŁY PIERWSZE STRZAŁY W WALCE O NIEPODLEGŁOŚĆ…

PLAC NIEPODLEGŁOŚCI – DWORZEC KOLEJOWY…  

Nazwa placu nawiązuje do wydarzeń z 12. VIII 1914 r., kiedy to w tym miejscu, padły właśnie pierwsze strzały w walce o niepodległość. Tu był początek drogi usłanej krzyżami, która zakończyła się dopiero w listopadzie 1918 r. – odzyskaniem przez Polskę Niepodległości. Jest to miejsce szczególnie bliskie sercu każdego, kto czuje się Polakiem…

Kielcki dworzec - Pomnik Niepodległości

Plac Niepodległości - kielecki dworzec kolejowy - tu padły pierwsze strzały w walce o Niepodległość... Centralny punkt miasta... Ale zanim to miejsce stało się tym, czym jest obecnie, były tu szczere pola folwarku Czarnów... Być może tylko stojące tu wówczas równo - kłos przy kłosie - łany zboża szumiały przyszłą historie tego miejsca, którą drastycznie zmieniło wybudowanie linii kolejowej w końcówce XIX stulecia... 

KIELCE u schyłku XIX w. były miastem niewielkich rozmiarów i liczyły około 10000 dusz. Stanowiły siedzibę władz gubernialnych, stacjonował tu także spory rosyjski garnizon. Teren obecnego Placu Niepodległości, na którym dziś wznosi się dworzec kolejowy, znajdował się na zachodnich obrzeżach miasta. Wieść o budowie linii kolejowej, która miała przebiegać przez Kielce, obiegła całe miasto, budząc wśród jego mieszkańców żywe zainteresowanie. Było to rzeczą zrozumiałą, gdyż taka inwestycja niosła za sobą wielkie korzyści i postęp. Nie brakowało jednak przeciwników tego przedsięwzięcia – znamy takie obrazki z westernów. Władze carskie zezwoliły na budowę drogi żelaznej, jak wówczas mawiano, stawiając jednak warunki, dyktowane względami strategicznymi. Linia miała przebiegać opodal umocnionego fortu oraz poprzez mosty, bądź tunele, które dałoby się łatwo zniszczyć. Ponadto na terenach znajdujących się w pobliżu dworców kolejowych, zabroniono wznoszenia budynków. Linia kolejowa biegnąca z Iwanogrodu (jak wówczas zwał się Dęblin), przez Radom i Kielce do stacji Granice koło Dąbrowy Górniczej (gdzie kończyło się terytorium Kongresówki), wybudowana została w latach 1881 – 1885

Dworzec kolejowy w Kielcach - 1885 r.

Dworzec kolei żelaznej w Kielcach prawie ukończony - fot. z 1885 r. (Polona)... Dżentelmeni na drezynie i na prowizorycznym jeszcze peronie - czapkujący sobie wzajem - to sztab budowniczych dworca w Kielcach i Linii Iwanogrodzko - Dąbrowskiej... Obrazek ten ukazuje wkroczenie do Kielc cywilizacji wyższego poziomu... Dzięki tejże "drodze żelaznej" miasto rozpocznie swój błyskawiczny rozwój... Po torach, którymi sunie pionierska drezyna, już za chwilę ruszą - z ogniem i dymem - potężne parowozy, ciągnące wagony z ludźmi oraz ładunkami przeróżnego autoramentu...

NIEPODLEGŁA DOPIERO RODZIŁA SIĘ W GŁOWACH – tylko w niektórych rozpalonych głowach… Reszta – po klęsce krwawej Powstania Styczniowego – nawet o tym nie myślała…

Towarzystwo Budowy Kolei skorzystało z kapitału spółki bogatych posiadaczy ziemskich. Były pomiędzy nimi takie nazwiska, jak: Zamoyski, Wielopolski czy wreszcie Jan Bloch, który nosił przydomek „króla kolei żelaznych”. Pochodził on z Radomia i budując linie kolejowe na terenie całego imperium rosyjskiego, dorobił się niesłychanej fortuny. Podczas budowy Linii Iwanogrodzko – Dąbrowskiej wzniesiono stalowy most na Wiśle i wydrążono tunel koło Miechowa...

Praca Jana Blocha

Dzieło analityczno - ekonomiczne Jana Blocha - "króla kolei żelaznych" - z roku 1878 (Polona)... Jan Gotlib Bloch - urodzony w przedsiębiorczej rodzinie żydowskiej, znany i ceniony w całym imperium rosyjskim przemysłowiec oraz ekonomista - nie przewidział upadku tegoż imperium, rozwijając w najlepsze swoją karierę w jego ramach i granicach... Niejednokrotnie i dziś stawiany jest on jako przykład "pozytywisty polskiego"... Warto się zastanowić - przy okazji Setnej Rocznicy Odzyskania Niepodległości przez Polskę - jak skończyłyby owe pozytywistyczne wizje bez czynu zbrojnego... Czy owi pozytywiści polscy nie zamieniliby się w przedsiębiorców czysto rosyjskich (już prawie tak się stało w owym czasie - powyższy przykład jest chyba dosyć wyrazisty...), a naród polski w moskiewskich niewolników?... A może się mylę?... Zatem Jan Bloch tworzył wprzódy w języku rosyjskim, a tłumaczenia były prowadzone na język polski, niemiecki, francuski... Przeto Bloch końca "Rossyi" nie widział... W tym samym czasie widział już ten koniec Józef Piłsudski, który hasło Niepodległej niósł poprzez polskie i carskie sioła... Napady z rewolwerem w ręku na pociągi, banki i posterunki policji były jego "biznesem" - interesem życia - interesem przyszłego Państwa Polskiego... On wówczas już - na przełomie XIX i XX w. - krzyczał hasła Niepodległej poprzez wybite na Sybirze zęby, poprzez wąsy, które zapuścił, aby tego ubytku zębowego widać jaskrawo nie było... To Komendant Piłsudski na początku sierpnia 1914 r. w podkrakowskich Oleandrach - u progu I wojny światowej, nie znając wyniku tejże wielkiej wojny - krzyknął do zgromadzonych Strzelców: "Hasło wasze: śmierć Rossyi!"... Bez tego właśnie nie byłoby Niepodległej...

Tymczasem dnia 21. XII 1883 r. pierwszy udekorowany parowóz wjechał z pompą na kielecką stację przy akompaniamencie orkiestry i wiwatów mieszkańców miasta. Zdarzenie to obserwował ówczesny uczeń gimnazjum kieleckiego – Stefan Żeromski, który potem w powieści „Promień” opisał humorystyczne scenki rozgrywające się w wagonach pasażerskich, podczas podróży koleją. Z tejże drogi żelaznej skorzystał również sam wielki car Mikołaj II, który na krótko zatrzymał się na kieleckim dworcu

Car Mikołaj II

Car Mikołaj II Romanow po abdykacji - lato 1917 r. (Library of Congress)... "Wielki Cesarz" w niewielkim lasku w towarzystwie osobistej ochrony... Nie wie jeszcze, że rok później zostanie skazany na śmierć... Wie już natomiast doskonale, że Legiony Piłsudskiego biją po drugiej stronie frontu jego sołdatów bez pardonu... Być może wspomina nawet - w tym sielskim przedsionku piekła - krótki pobyt na dworcu kolejowym w Kielcach...

Z Żeromskim – Piewcą Niepodległości i Jej praktykiem – jeszcze się spotkamy… Car skończył kiepsko – jak wiadomo – zastrzelony przez Bolszewików wraz z rodziną w ciemnej piwnicy – w nocy 16/17 VII 1918 r. – w Jekaterynburgu…

Wejdźmy jednak już twardo i konkretnie na DROGI NIEPODLEGŁOŚCI

Jak wszystkim zapewne wiadomo, dnia 6. VIII 1914 r. z Krakowa, szosą w kierunku Kielc, wyruszyła I Kompania Kadrowa Strzelców, dowodzona przez Tadeusza Kasprzyckiego

„...Wychodzimy w beznadziejny szlak

i nie złocą się przed nami świty.

–Inni pójdą w ślad przez nas wyryty

i na trupach zatkną Wolny Znak...” – pisał Stanisław Długosz (Jerzy Tetera), uczestnik pamiętnego marszu.

Dnia 12. sierpnia Batalion Kadrowy wkracza do Kielc. Tego dnia przyszli Legioniści stoczyli w mieście kilka potyczek, m.in. właśnie na kieleckim dworcu kolejowym. Nazajutrz, wielokrotnie liczniejszy nieprzyjaciel, wsparty artylerią, naciera na miasto. W szczególnie ciężkim położeniu znalazły się oddziały rozlokowane na dworcu i folwarku Czarnów. W takiej sytuacji Strzelcom nie pozostaje nic innego, jak tylko wycofać się z miasta, by powrócić tu w pełnej chwale już 19. sierpnia i pozostać aż do 10. września. Ale o tym już pisałem – nie tak dawno – przy okazji sierpniowej rocznicy wkroczenia Strzelców do Kielc

Legiony w Kielcach w 1914 r.

Kielce - sztab Oddziałów Strzeleckich a potem 1. Pułku Piechoty Legionów Polskich w 1914 r. - drugi z prawej Józef Piłsudski (Polona)... W momencie wykonania tej fotografii Komendant był już u progu Niepodległej, ale wówczas nie mógł mieć jeszcze tej pewności... Wszyscy Oni szli w nieznane - zasnute dymami pożarów i trupim odorem - szlaki Wielkiej Wojny...

Powróćmy jednak do wydarzeń z 12. sierpnia, jakie rozegrały się na Placu Niepodległości, a najlepiej klimat tamtych chwil odda uczestnik walk o dworzec kielecki – Stanisław Gieysztor, który w swych wspomnieniach pisze:

„Dworzec kolejowy w Kielcach przedstawiał w dniu 12 sierpnia 1914 r. niezwykły widok, mogący żywo »wzruszyć« niejedno niewieście serce, a starego żebraka, co sobie pod studzienką na placu urzędował, natchnąć do nowej piosenki. Bowiem po peronie i torach uwijała się banda ogorzałych nagusów, czyniąc z poważnej instytucji kolejowej coś pośredniego między plażą, a zakładem kąpielowym. Obie pompy parowozowe były w pełnym ruchu i coraz – to wyskakiwała z pod ich ożywczego strumienia jakaś postać, wielce Adama w raju przypominająca (...) – Gdzie tam panowie z Moskalami wygrają, – powątpiewająco mruczał jakiś starszy pan, zły, że się do rodzinnego Małogoszcza doczekać nie może. – Szkoda was tylko... Lepiej byście do domu wrócili, boście młodzi jeszcze, do szkoły... Pełne pogardy milczenie było mu jedyną odpowiedzią. A historia – ta nauczycielka narodów – w pełni przyznała rację tym, co to w zapał i miłość Ojczyzny więcej niż w broń zbrojni – na rozkaz Komendanta wyruszyli w bój wskrzeszać Tę co nie zginęła! I wskrzesili, życie swe młode częstokroć na ołtarzu Ojczyzny składając (...) – Alarm! Trzeci pluton! Podporucznik Burhardt – Bukacki biegnie do swych ludzi. O dziwo! Są już gotowi, ubrani, wyekwipowani, wystarczy sięgnąć po złożoną w kozły broń. Tak to młody żołnierz uprzedzał rozkazy dowódcy!  Długa tyraliera Kadrówki wyciąga się teraz na zachód od dworca. Słońce zachodzi. Nieprzyjaciel niewidoczny, ale wyczuwalny... Tu i tam pojedyncze wystrzały dziurawią ciszę wieczoru. Zapada noc pełna tajemniczego niebezpieczeństwa. Jedno i drugie młode serce ściska się pod swym mundurem. (...) Wstaje jasny letni świt. Z pobliskiego Czarnówka przynoszą nam śniadanie. Krupnik w... beczkach drewnianych! Wygląda to jak pomyje, albo i gorzej. Mimo głodu i chłodu beczki te powodzeniem się nie cieszą. Ale właściwą pobudkę zaczynają Moskale. (...) Pierwszy raz Kompania jest w ogniu artyleryjskim – ale też okazuje się, że nie taki diabeł straszny jak go malują. Obywatel Burhardt – Bukacki – dowódca plutonu – zezuje przez lornetkę ku wrogowi. Prawdopodobnie powtarza w duchu zdanie pana Zagłoby »Kury im sadzić, nie z dział bić«. Ale ogień z początku słaby i mało celny zaczyna się potęgować. Aż za wiele zaszczytu dla tej garstki straceńców. Więc w myśl rozkazu, planowo i bez strat, Kompania wycofuje się na Karczówkę, kontempt nieprzyjacielowi tyłem swym okazując ...”.

Walki o dworzec kolejowy w Kielcach w 1914 r.

Walki o dworzec kolejowy w Kielcach 12. VIII 1914 r. - łatwo nie było... Chrzest bojowy prawdziwy... W ogniu dział wroga odwiecznego... Prawdziwa Ofiara i Bój Prawdziwy Krwawy jest dopiero przed Nimi... Za Nimi dużo szczęścia... Przed Nimi i Polską Zmartwychwstającą jeszcze więcej...

Powyższy fragment wspomnień naszego Strzelca tchnie wielką wolą walki i optymizmem. Musimy jednak pamiętać, że pomimo kłopotów zaopatrzeniowych, braków w sprzęcie i uzbrojeniu, armia carska liczyła na początku wojny 5,5 miliona sołdatów i posiadała dużo lepsze wyposażenie niż to, jakim dysponowali przyszli Legioniści. Tym większe uznanie należy się „garstce straceńców”, która wtargnęła w granice Królestwa w sierpniu 1914 r., w tym Strzelcom broniącym dzielnie dworca.

W czasie dalszych lat wojny linia kolejowa połączyła Kielce z Częstochową. W 1935 r., po śmierci Marszałka Józefa Piłsudskiego, pociąg żałobny, wiozący trumnę z jego zwłokami, zatrzymał się na kieleckim dworcu - w mieście, które było zmarłemu szczególnie bliskie, ze względu na tradycje legionowe. Czesław Michniak tak wspominał ten dzień: „Po jego śmierci pół nocy czekałem na kieleckim dworcu w tłumie młodzieży na przybycie żałobnego pociągu pancernego, odbywającego podróż z Warszawy do Krakowa. Na platformie jednego z wagonów stała trumna Marszałka. Po obu jej stronach w blasku płonących pochodni widniały posągowe sylwetki generałów stojących na pożegnalnej warcie”. Gdy pociąg ruszył, kilkutysięczny tłum rzucił się na kolana i słychać było wokół jeden wielki płacz i zawodzenie…

Uroczystości pogrzebowe Piłsudskiego w 1935 r.

A oto i owe "posągowe sylwetki generałów stojących na pożegnalnej warcie" przy trumnie Marszałka... Komendanta... (Polona)... Był maj 1935 roku... Była to ostatnia warta przy zwłokach "zgasłego Wodza"... Wodza, który - niestety - przewidział dalszy przebieg wypadków - wypadków dziejowych tragicznych dla Polski... Przed śmiercią Marszałek wyrzekł słowa prorocze: "Wy w wojnę beze mnie nie leźcie, wy ją beze mnie przegracie"...

W początkowych dniach września 1939 r. rejon dworca był kilkakrotnie bombardowany, jako punkt strategicznie ważny. Zniszczono węzeł kolejowy i uszkodzono budynki dworcowe. Następnie Niemcy na czas okupacji przejęli kontrolę nad stacją kolejową, wykorzystując ją do transportu wojennego zaopatrzenia, podobnie jak czerwonoarmiści, którzy „wyzwolili” miasto w 1945 roku…

Naoczni świadkowie mówią o sensacyjnym wydarzeniu, jakie miało tutaj miejsce zimą 1945 roku. Otóż sowiecka obsługa małokalibrowego działka przeciwlotniczego, umocowanego do wagonu „węglarki”, który stał na torach stacji, zestrzeliła amerykańską „Latającą Fortecę” – BOEING B-17...

Boei-17 nad Kielczami w 1945 r.

A oto i zdarzenie niewiarygodne - lot śmiertelny maszyny nad maszynami nad Kielcami... Amerykańska "Latająca Forteca" w płomieniach... Za chwilę wyląduje na nieznanej ziemi - ziemi już oddzielonej w Jałcie od wolnego świata, który za chwilę miał oddychać pełną piersią po zakończeniu wojny... Tutaj wojna się nie zakończyła... Trwała jeszcze długo... Musieli to też odczuć to Amerykanie... Lądują awaryjnie w Zgórsku, gdzie znajduje się "szkoła" dla "elity" KBW i UB - polskich filii NKWD... Obok w lesie znajduje się "mały Katyń" - miejsce, gdzie wówczas mordowani są systematycznie strzałem w tył głowy żołnierze niepodległościowego podziemia... Nie na takie - przypadkowe - odwiedziny zachodnich "sojuszników" liczyli... Następni amerykańscy żołnierze - jako znów sojusznicy - stanęli na wolnej już polskiej ziemi dopiero kilkadziesiąt lat później...

Brzmi niewiarygodnie, ale to prawda. Samolot ostrzelano nad Niemcami, w wyniku czego unieruchomiony został jeden z silników i urządzenia nawigacyjne, a z powodu bardzo złych warunków „meteo” po prostu zabłądził nad Kielce. Bombowiec wyłonił się nagle z mgły nad Wzgórzem Zamkowym i leciał w stronę Karczówki, wtedy posypały się w jego kierunku pociski z rosyjskiego działka. Samolot został trafiony i musiał awaryjnie lądować w podkieleckim Zgórsku. Cała sześcioosobowa załoga (w tym dwu Murzynów) została dostarczona do radzieckiego komendanta miasta. Zetknął się z nimi wówczas w jednym z kieleckich zakładów fryzjerskich, znany świętokrzyski kronikarz - Jerzy Fijałkowski, który tak odnotował ten fakt: „...otworzyłem drzwi i stanąłem, jak wryty. W kolejce do golenia czekało czterech lotników amerykańskich eskortowanych przez dwóch moich starszych kolegów, którzy pragnąc zrobić szybką karierę, podjęli pracę w Wojewódzkim Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego, zamiast nauczyć się pisać i czytać. Wszystkim czterem na wysokości kolan dyndały po kowbojsku nisko zawieszone kabury z rewolwerami marki Colt kalibru 12 mm. Młodzi chłopcy rozmowni o bardzo wesołym usposobieniu. Nie znałem jeszcze wtedy angielskiego, nie mniej moi znajomi z eskorty zastrzegli, iż z Amerykanami rozmawiać nie wolno. Potem gawędząc z nudów wyjaśnili, że jeszcze dwóch czarnoskórych jest w tym komplecie, ale oni nie muszą się golić. Mają gęby bez zarostu i włosy na głowach jak sprężynki”. Wrak amerykańskiej maszyny, starannie „oskubany” i pocięty przez Rosjan, leżał sobie spokojnie jeszcze parę lat w okolicach wiaduktu przy ul. 1 Maja. Taaak, Kielce przyciągają! Ale to temat na zupełnie odrębną opowieść…

Powróćmy do Kamieni Węgielnych NIEPODLEGŁOŚCI…

POMNIK NIEPODLEGŁOŚCI…

Pomnik Niepodległościstanął na placu przed dworcem dnia 3. XI 1929 roku. Na wysokim cokole posadowiono rzeźbę przedstawiającą orła zrywającego się do lotu. Odsłonięcia pomnika dokonał prezydent Rzeczypospolitej – Ignacy Mościcki, by następnie przekazać go uroczyście władzom kolejowym. Symbol niepodległościowego zrywu zniszczyli Niemcy, wkraczając do Kielc we wrześniu 1939 roku…

Dworzec kolejowy w kielcach - lata międzywojenne

Dworzec kolejowy w Kielcach w okresie międzywojennym (Polona)... Na pierwszym planie widoczny - jak i dziś - Pomnik Niepodległości... Jakże dobrze, że znów może tu wznosić się do lotu Orzeł na wysokim cokole... Zmienił się budynek dworca... Pewnie niebawem stanie tu kolejny - nowy... A Pomnik Niepodległości będzie trwał...

„Naprzód drużyno strzelecka,

Sztandar do góry swój wznieś!

Żadna nas siła zdradziecka

Zniszczyć nie zdoła, ni zgnieść!”

Zgodnie z tymi słowami, zawartymi w „Hymnie Strzeleckim”, w dniu 11. XI 2002 r., staraniem Komitetu Odbudowy Pomnika Niepodległości, odsłonięto go po raz drugi. Na jednej z tablic umieszczonych na cokole pomnika widnieje znamienny napis: „Tu padły pierwsze strzały w walce o Niepodległość”.

W dniu powtórnego odsłonięcia pomnika odbyła się w Kielcach wielka uroczystość z udziałem żołnierzy Wojska Polskiego, kombatantów i najwyższych władz cywilnych, czyli jak za dawnych legionowych czasów, było z pompą i szumnie…

Pomnik Niepodległości - Kielce

Tak... Pomnik Niepodległości w Kielcach trwa i ma trwać... Po wsze czasy ukazując wyniośle kolejnym pokoleniom Polaków, gdzie Padły Pierwsze Strzały w Walce o Niepodległą...

A jak było w listopadzie 1918 r., gdy miasto odzyskiwało upragnioną wolność? Zajrzyjmy do pamiętnika Janiny Konarskiej: „9 listopada, sobota. Wczoraj wróciliśmy z Kielc, ale do Radomia już nie dojechaliśmy, bo cywilnych nie puszczają do pociągów i jest taki tłok, że na dachach jadą. Wojska austriackie i urzędnicy wyjeżdżają masowo. Pociągi chodzą bez żadnego rozkładu, czasem wcale nie przychodzą (...)  W Kielcach zamęt nie do opisania. Nowo tworzącego się wojska polskiego – moc. Mundury, czapki - jakie kto chce. Zabrali Austriakom wszystkie samochody i całą broń. Wszędzie tylko widać orzełki i amaranty. Wszyscy wstępują do wojska...”.

A trzonem tego „wojska” była kielecka Polska Organizacja Wojskowa, harcerze i inni młodzi bohaterowie tych dni. I znów dworzec stał się areną czynu niepodległościowego. Harcerze kieleccy rozbrajają tu żołnierzy austriackich, a następnie pełnią służbę, pilnując nadchodzących transportów z Niemcami i Austriakami. W Kielcach stacjonował 56. pułk piechoty austriackiej, ale na szczęście jego kadra oficerska składała się w większości z Polaków, co pozwoliło uniknąć rozlewu krwi. W mieście sprawnie organizują się polskie władze cywilne i wojskowe...

Piłsudski na dworcu w Kielcach w 1918 r.

Powitanie Józefa Piłsudskiego na dworcu kolejowym w Kielcach w roku 1918 (Polona)... Wódz w pełni formy bojowej i państwowej odwiedza swoje "Miasto Legionowe"... Tu wszystko się zaczęło... Ale to jeszcze nie koniec, mimo tak wielkiej Ofiary Wielkiej Wojny... Wie to doskonale Wódz... Wie, że to jeszcze nie koniec drogi ku Niepodległej...

Pomnik upamiętnia wydarzenia z sierpnia 1914 r., które w konsekwencji doprowadziły do odzyskania przez Polskę Niepodległości. Sierpień w XX - wiecznej Polsce to wyjątkowy miesiąc. Kolejny był sierpień 1920 roku i rozgromienie Bolszewików, którzy śpiewali:

„Kościoły z ziemią zrównamy, przebudujemy ten świat. /Wzniesiemy własnymi rękami Polską Republikę Rad” – nie udało im się, Niepodległość została obroniona.

W sierpniu 1944 r. Warszawa walczy, a żołnierze Kieleckiego Korpusu AK idą jej na pomoc – w walce o Niepodległość. O tym dogłębnie pisałem niedawno…

Później przyszedł sierpień roku 1980 i początek drogi do niepodległości obecnego Państwa Polskiego, nazwanego III RP... Jak to się akurat udało… niech każdy oceni sam…

DWORZEC KOLEJOWY 

Pierwotny budynek dworca w kształcie litery „E” wzniesiony został w latach 1882 – 1884 podczas wytyczania linii kolejowej. Wróćmy jeszcze raz do obrony dworca przez przyszłych Legionistów: „W oknach murowanego budynku stacji ukazali się pojedynczy strzelcy, waląc bez przerwy z karabinów. Było kilka chwil, podczas których głosy komendy nie mogły być słyszane, z powodu huku, który wstrząsnął murami stacji”- pisał Legionista Tadeusz ZieleniewskiKalina.

Budowa kieleckiego dworca kolejowego - 1884 r.

Budowa kieleckiego dworca kolejowego - fot. z lat 1883 - 1884 r. (Polona)... Obstawiony rusztowaniami i otoczony "myślą pozytywistyczną" - w swoim założeniu pierwotnym nie miał służyć idei Niepodległej, a jedynie interesom konkretnych przedsiębiorców i rozwojowi cywilizacji na terenie imperium rosyjskiego... A jednak stało się inaczej... To tutaj Padły Pierwsze Strzały w Walce o Niepodległość... To ta nowoczesna naonczas technologia posłużyła odradzającej się Niepodległej... 

W czasie bombardowania we wrześniu 1939 r. południowe skrzydło dworca zostało zniszczone bezpośrednim trafieniem bomby lotniczej. Niemcy po wkroczeniu do Kielc, z właściwą sobie sumiennością, odbudowali zniszczone torowisko oraz budynek dworcowy. Pokrycie dachu budowli nakazali kieleckim blacharzom, niezwykle biegłym w tej sztuce. Po wojnie uczestniczyli oni m.in. odbudowie Zamku Królewskiego w Warszawie.

„A oto i Kielce! Z trzeciej klasy jak gruszki z koszyka sypnęły się baby wiejskie w zapaskach z kobiałkami na plecach, z  pluszu drugiej klasy dwie staruszki wypełzły, matrony czcigodne, przed dworcem konie dorożkarskie chrupały obrok, woźnice w długich pelerynach natarczywie ubijali cenę” – tak widział to miejsce w latach trzydziestych XX w. Czesław Michniak. Na początku lat 70. zabytkowy i zasłużony budynek dworca rozebrano i wybudowano obecny gmach PKP. Wtedy klimat przed dworcem nieco się zmienił, co oddaje fragment wiersza Grzegorza Kozery:

„Przed dworcem drzemały zamarznięte taksówki,

Słuchawki zepsutych automatów wydawały się bardziej samotne ode mnie...”

Dworzec kielecki po II wojnie światowej

Dworzec kolejowy w Kielcach po II wojnie światowej (Polona)... Widać polskie flagi, wywieszone zamaszyście na budynku, ale Pomnika Niepodległości nie widać... Tym razem Niepodległość nie nadeszła - nie wybuchła - nastała kolejna okupacja... Okupacja sowiecka... Najgorsza z możliwych... Zakłamana do imentu... Przez dziesięciolecia wyniszczająca umysły i serca... Tworząca nowy typ "Polaka"... Przez dziesięciolecia dworzec kielecki znów służy interesom moskiewskiego imperium - czerwonego imperium... I po latach niewielu pamięta, gdzie padły Pierwsze Strzały w Walce o Niepodległość...

Wnętrze dworca zostaje w latach 90. XX w. odnowione i po kilku latach niewielu pamięta czasy, kiedy to znany wszystkim w barze dworcowym Stasio, pluł ludziom do zupy, aby móc zagarnąć ją dla siebie…

Na wschodniej fasadzie dworca, po prawej stronie wejścia, obejrzeć możemy zrekonstruowaną tablicę poświęconą Marszałkowi Piłsudskiemu, ufundowaną przez Kolejowe Przysposobienie Wojskowe. Idziemy kilka kroków w prawo i na trawniku pod ścianą budynku widzimy krzyż brzozowy, który wystawili miejscowi bezdomni ku pamięci swych zmarłych towarzyszy niedoli. Na tabliczce umieszczonej na krzyżu zostały wypisane ich nazwiska i pseudonimy. Jest to, niestety, symbol naszych czasów. „Nie jest biedny, kto ma niewiele, ale ten, kto chce mieć jeszcze więcej” – pisał wielki myśliciel rzymski – Seneka...

Gdy przejdziemy (skręcając w lewo) na drugą stronę budynku dworca, znajdziemy wmurowane w jego zachodnią fasadę, dwie kolejne tablice pamiątkowe. Pierwsza z nich, umieszczona po północnej stronie zejścia do podziemnego tunelu, poświęcona jest pracownikom kolei poległym w walce z niemieckim okupantem, zaś drugą, znajdującą się na południe od niej (po prawej stronie zejścia do tunelu), wmurowano ku czci Matki Bożej Łaskawej Kieleckiej w intencji spokojnego dotarcia do ostatniej stacji żywota…

Od tejże tablicy już tylko krok w prawo do zabytkowej wieżyczki, w której urządzono galerię sztuki – tzw. „Wierzę Sztuki”. Gdy stojąc obok niej, spojrzymy na zachód (w stronę naprzeciwległego krańca torowiska), ujrzymy wznoszącą się dokładnie w linii prostej, identyczną budowlę. Dawniej obydwa te budynki stanowiły klatki schodowe, a łączyła je kładka – wiadukt przeprowadzona nad torowiskiem i peronami.

W niedalekim sąsiedztwie dworca, jak i po zachodniej stronie torów, możemy oglądać różnej wielkości budynki, najczęściej parterowe, a wprawne oko zauważy, iż są one pozostałością XIX – wiecznego układu architektury kolejowej, obsługującego „drogę żelazną”. Podobne budowle możemy także oglądać z okien pociągu, jadąc naszą linią kolejową. Są one rozmieszczone, co jakiś czas, wzdłuż torów. Niestety, coraz częściej bezmyślnie się je wyburza... u nas to normalne...

„Znacie te budki drożnicze, jednako

wciąż co kilometr stojące na szlaku

starej dęblińsko – dąbrowskiej kolei:

pod miastem, w polu, przy kniei, wśród kniei” - pisał Adolf Sowiński, literat – syn ubogiego kolejarza z kieleckiego przedmieścia...

Obecnie planowana jest budowa nowego budynku dworca kolejowego w Kielcach… Ważne, aby w trakcie prac nie zniszczyć ww. historycznych pamiątek w tym wyjątkowym dla historii Niepodległej miejscu… Pilnujmy tego – dla przyszłych pokoleń…

ATRAKCJE NAJBLIŻSZEJ OKOLICY

Idąc ul. Żelazną wzdłuż torów, w kierunku północnym, dojdziemy do – znajdujących się w sąsiedztwie dworca PKS – drewnianych, piętrowych budynków mieszkalnych, wystawionych dla rodzin kolejarzy w 1881 roku. Stanowią one malowniczy unikat w centrum miasta.

Stąd już niedaleko do monumentalnej świątyni p.w. Świętego Krzyża, projektu wybitnego kieleckiego architekta – Stanisława Szpakowskiego (z jego osobą jeszcze się spotkamy). Budowę tej okazałej, neogotyckiej świątyni rozpoczęto w 1903 r., a ukończono w roku 1934. Uwagę zwraca fachowa kamieniarka i dbałość o szczegóły architektoniczne bryły kościoła. Okazałą dwuwieżową fasadę północną zdobi m.in. fryz arkadowy z kamiennymi figurami Apostołów ustawionymi w niszach. Warto też wejść do środka przez wspaniały, kamienny portal, aby obejrzeć niezwykle ciekawy wystrój wnętrza świątyni. Przy kościele działa prężnie ośrodek księży Salezjanów (którzy przejęli parafię po I wojnie światowej), skupiający młodzież w tutejszym oratorium. Dnia 10. VI 1973 r. Kardynał Karol Wojtyła celebrował w tej świątyni uroczystość peregrynacji obrazu Matki Bożej Częstochowskiej.

Gdybyśmy spod kościoła Św. Krzyża poszli w dół ul. 1. Maja w kierunku płd. – wsch. (do Ronda im. H. Grudzińskiego), to skręcając w prawo (ku płd. – zach.) wejdziemy w niewielką uliczkę Tylną, a następnie Składową…

Przy ul. Składowej 7 działał od 1930 r. „Zakład Powozów i Karoserii Feliksa Buraka”, wywodzący się z powszechnie znanej od 1905 r. „Fabryki Powozów, Bryczek, Wozów i Sani Braci F. i K. Burak w Kielcach”. Powozy „u Buraków” zamawiały tak znamienite rody, jak Lubomirscy, Popielowie, Radziwiłłowie czy Wielowieyscy. Bryczka z tegoż zakładu była jednym z ulubionych pojazdów ordynata na Łańcucie – hrabiego Alfreda Potockiego, który w swej słynnej powozowni miał przecież kilkadziesiąt różnych cudeniek, pochodzących z renomowanych europejskich wytwórni. Przejażdżki wspomnianą wyżej bryczką zażywał prezydent Ignacy Mościcki, goszczący w Łańcucie u hr. Potockiego w 1929 roku. W sierpniu 1914 r. specjalne zamówienie złożył bracią Burakom Józef Piłsudski, zlecając wykonanie 40 wozów na amunicję. Klientem słynnej Fabryki był także Henryk Sienkiewicz, a brat słynnego Alfreda – Ludwik Nobel (produkujący w Petersburgu metalowe elementy podwozi) uczynił Buraków swymi przedstawicielami na gubernię kielecką. Później zakład produkował m. in. świetnej jakości nadwozia autobusów, a i dziś co nieco można obejrzeć w warsztacie na Składowej…

Jeżeli spod kościoła Św. Krzyża udamy się w kierunku północnym, to idąc ul. Zagnańską, dotrzemy (mijając po drodze wiekową małomiasteczkową zabudowę) do Zakładów „Polmo – SHL”, które mają bardzo interesującą historię. Początki fabryki sięgają okresu międzywojennego, a jej rozwój związany jest z Centralnym Okręgiem Przemysłowym…

Jak łatwo się domyśleć, produkowano tu elementy uzbrojenia i wyposażenia wojskowego, m.in. świetne szable (zwane popularnie „Ludwikówkami”), łopatki piechoty oraz pierwsze w świecie hełmy nowej generacji wz. 31 pokryte supernowoczesną antyodblaskową powłoką, będącą mieszaniną farby i korka.

Podczas okupacji pracował tutaj, jako 15 – letni chłopak, Edmund Niziurski – późniejszy pisarz, znany z takich utworów dla młodzieży, jak „Księga urwisów” czy „Sposób na Alcybiadesa” oraz wielu innych interesujących literackich dzieł. Akcję większości swoich powieści osadził on w znanym mu dobrze regionie świętokrzyskim. Przyszedł na świat 10. VII 1925 r. w Kielcach.

W okresie powojennym w zakładzie produkowano słynne na całą Polskę Ludową i praktycznie jedyne, pralki o wdzięcznej nazwie „Frania” oraz znane motocykle, popularnie zwane „Eshaelkami”. Ciekawym jest również fakt, że zakład był jedynie filią Suchedniowskiej Huty Ludwików, po której dziś w Suchedniowie nie ma śladu, a kielecka placówka istnieje nadal, funkcjonując pod szyldem „SHL”.

Spod dworca kolejowego widać zadziwiającą swym kształtem bryłę dworca PKS, która może budzić skojarzenia z latającym spodkiem. W momencie oddania do użytku był on najnowocześniejszym dworcem autobusowym w Polsce i jednym z nowocześniejszych w Europie. Dziś ten wyjątkowy obiekt szykowany jest do gruntownego remontu… Oby tylko nie zatracił swej unikatowej – odlotowej i kosmicznej bryły…

Naprzeciw dworca PKP rozciąga się przepiękna ul. Sienkiewicza, która jest głównym deptakiem Kielc i uznawana jest za jedną z najpiękniejszych ulic – nie tylko w Polsce.

Nieco dalej – przy ul. Żelaznej, czyli równoległej do torów kolei żelaznej – po lewej stronie ulicy znajduje się kamienica, gdzie w latach 1938 – 1939 mieszkał płk dypl. Stefan Rowecki, późniejszy Komendant Główny Armii Krajowej. O powyższym informuje nas tablica pamiątkowa wmurowana w ścianę budynku. Stefan Rowecki był postacią wyjątkową: „drużyniak”, Legionista, oficer II Rzeczypospolitej zasłużony w wojnie 1919 – 1920. W kieleckim garnizonie, gdzie pełnił funkcję zastępcy dowódcy 2. Dywizji Piechoty Legionów, dał się poznać jako wymagający przełożony i świetny organizator. Liczba opublikowanych przez niego prac z dziedziny wojskowości sięga kilkudziesięciu, ale chyba najbardziej znaną jest książka pt. „Walki uliczne” – wydana w 1928 roku. Była ona podstawowym podręcznikiem dla żołnierzy AK z dziedziny walk w terenie zabudowanym.

Teoria doskonale przekuła się na praktykę w czasie Powstania Warszawskiego. Rowecki nie doczekał jednak dnia wybuchu powstańczego zrywu, gdyż w czerwcu 1943 r. został aresztowany przez Niemców w jednym z warszawskich lokali konspiracyjnych. Podczas, gdy stolica krwawiła pod niemieckimi pociskami, gdzieś w mrocznych kazamatach na terenie obozu koncentracyjnego Sachsenhausen ginie męczeńską śmiercią gen. dyw. Stefan Rowecki ps. „Grot”. Stracony został prawdopodobnie na osobisty rozkaz Adolfa Hitlera.

Pozostała pamięć o niezłomnym żołnierzu, który wybrał kacet i pewną śmierć zamiast hitlerowskiej łaskawej smyczy, bowiem po aresztowaniu zawieziono go do Berlina i proponowano kolaborancką współpracę…

Cześć i Chwała Bohaterom NIEPODLEGŁOŚCI…

W okolicy Placu Niepodległości dostrzec możemy znaki turystycznego szlaku miejskiego, oznaczonego kolorem czerwonym. Prowadzi on do najciekawszych miejsc w Kielcach i mniej więcej pokrywa się z proponowaną przez nas trasą turystyczną. 

Pamiętajmy o tym wyjątkowym miejscu, odwiedzajmy go – nie tylko w ROKU STULECIA NIEPODLEGŁOŚCI – bo tu powinny zbiegać się drogi wszystkich Polaków… Pozwoliłem sobie na opis Placu Niepodległości w nieco szerszym kontekście historycznym i współczesnym, jak również turystycznym, niż to mogłoby wynikać z samej Setnej rocznicy Odzyskania Niepodległości, ale właśnie takie szersze ujęcie ukazuje nam okoliczności tejże Rocznicy w całej rozciągłości historycznej i jej obudowie dziejowej na każdym poziomie – ukazuje wysiłek kilku pokoleń przed Rokiem 1918, jak i po tej niezapomnianej dacie w historii Polski… Ukazuje tych, którzy w niepodległość nie wierzyli i żyli sobie spokojnie, budowali, ale też w jakiś sposób przyczynili się do umocnienia Niepodległej, ukazuje wysiłek zbrojny straceńców, którzy przynieśli Niepodległą na bagnetach zawieruchy I wojny światowej, ale ukazuje i przyszłe pokolenia, które o Niepodległą znów walczyły – w czasach zupełnie beznadziejnych – bez szans na zwycięstwo… znowu – jak powstańcy z XIX stulecia… Taki los Tej Ziemi…

Taki zarys czasoprzestrzeni w sposób wielowymiarowy ukazuje nam pokrętne ścieżki wiodące ku Niepodległej…

A teraz zapraszam Was na jeszcze jedną wyprawę w przestrzeni i w czasie – wyprawę – podobnie jak w przypadku niedawnej naszej podróży przywołującej pamiętny Rok 1939 – do serca Gór Świętokrzyskich – do Ciekot – „Ojczyzny Duszy” wybitnego polskiego pisarza – Stefana Żeromskiego…

„Jedźmy… Nikt nie woła…”…

Jadąc z serca Kielc – spod Pomnika Niepodległości – ku sercu Łysogór – Polski sercu – po lewej stronie drogi – tuż za Pasmem Masłowskim z Górą Klonówką i Dąbrówką – widzimy „Górę Domową” Żeromskiego – Radostową (451m n.p.m.)… U podnóża tej Góry stał dwór… Dwór, w którym przyszły wielki pisarz spędził swe lata dziecięce i młodzieńcze… Tam zmierzamy… Dalej widać Krajeński Grzbiet i wreszcie Łysicę i Łysiec – Święty Krzyż – czyli tzw. Pasmo Główne Gór Świętokrzyskich…

Dojeżdżamy – przez tern Świętokrzyskiego Parku Narodowego – pomiędzy pasmami Gór Świętokrzyskich – na miejsce… Z drogi już za zakrętem drogi widać tzw. „Szklany Dom” – czyli lokalne – masłowskie – Centrum Edukacyjne… Za nim Rekonstrukcja Dworu Polskiego – w miejscu, gdzie stał dworek Żeromskich… Bardzo ubogi dworek… tylko czterokolumnowy ganeczek odróżniał go od chłopskich chałupin… Wejdźmy tutaj jak Rafał Olbromski, jak Czaruś Baryka, jak Marcinek Borowicz… Wejdźmy w „Ojczyznę Duszy” śladami Żeroma… Będzie to znów opowieść szersza znacznie – ukazująca nam widnokrąg NIEPODLEGŁEJ…

Żeromscy osiedli pod Radostową w 2. poł. XIX stulecia… Wówczas już – od roku 1871 – właścicielem Ciekot, wchodzących wraz z kilkoma innymi folwarkami w skład tzw. majoratu (porządek dziedziczenia majątku w najbliższym stopniu pokrewieństwa – np. z ojca na syna), był pułkownik armii rosyjskiej – Polak – osławiony Włodzimierz Dobrowolski, który z niezwykłą gorliwością ścigał i niszczył oddziały polskie podczas Powstania Styczniowego, pełniąc funkcję szefa sztabu naczelnika wojennego guberni radomskiej. Ta gorliwość, jak twierdzi wielu badaczy, wynikała z jego wcześniejszego uwikłania w antycarski spisek oficerski w Petersburgu, z którego – po dekonspiracji jego uczestników – zdradziecko wycofał się, a później – chcąc przekonać swoich zwierzchników o dozgonnej lojalności wobec cara – w okrucieństwie i bezwzględności wobec swoich rodaków prześcigał wielu rosyjskich oficerów – tak było m.in. podczas słynnej bitwy pod Małogoszczem 24. II 1863 r., o czym wspominał także Żeromski…

To właśnie za takie „zasługi” otrzymał Dobrowolski (jak i wielu innych „zasłużonych” carskich rabów) ów majorat, który na jego cześć nazwano „Władimirowo”: „Ukazem z dnia 15 kwietnia 1871 roku Jego Imperatorska Mość cesarz Aleksander II w uznaniu zasług w czasie pełnienia służby w guberniach Królestwa Polskiego miłościwie poleca przekazać na wieczną jego i potomstwa własność położone w kieleckiej guberni i powiecie folwarki Ciekoty, Huta Nowa, Daleszyce i Podmarzysz oraz działkę lasu z nadleśnictwa Bodzentyn, dowódcy 6 grenadierskiego Taurydzkiego pułku Jego Imperatorskiej Wysokości Wielkiego Księcia Michała Mikołajewicza – pułkownikowi Włodzimierzowi Dobrowolskiemu”. Wkrótce, na żądanie Dobrowolskiego, nastąpiło dodatkowe „przyłączenie z lasów rządowych do obszaru dworskiego znacznego płata boru”. Niebawem też Dobrowolski mianowany zostaje na stopień generalski.

Stacjonując ze swym pułkiem w różnych miejscach, nie mógł zajmować się – jak należy – sprawami swego majoratu, więc udzielił pełnomocnictwa najpierw naczelnikowi żandarmów, a potem – od 1. V 1875 r. – gen. Wojciechowi Ostrowskiemu – innemu renegatowi – Polakowi w moskiewskiej służbie. Wojciech Ostrowski herbu Gryf, ur. w 1809 r. w Kamieńcu Podolskim, w armii rosyjskiej służył od 1828 r., a warto pamiętać, iż wówczas istniała jeszcze w Królestwie armia polska. Ostrowski bierze udział w wojnie tureckiej, a w roku 1833 awansowany zostaje do stopnia chorążego. W roku 1849 idzie z wyprawą moskiewską przeciw walczącym o niepodległość Węgrom i bije się z wojskami dowodzonymi przez swego wielkiego rodaka – gen. Józefa Bema. Podczas wojny krymskiej – w 1855 r. zostaje mianowany pułkownikiem i dowodzi 28. połockim pułkiem piechoty (stacjonującym później m.in. w Kielcach), wchodzącym w skład 7. Dywizji Piechoty pod dow. gen. Aleksandra Uszakowa (naczelnika wojennego guberni radomskiej podczas Powstania Styczniowego, przełożonego i teścia Wł. Dobrowolskiego – od 1871 r. pana na Ciekotach). Ostrowski bierze wtedy udział m.in. w słynnej obronie Sewastopola. Walczy także w Królestwie przeciw „polskim buntownikom” – „miateżnikom” w kampanii 1863 roku. W pułku Ostrowskiego, stacjonującym w Piotrkowie, działało silne koło konspiracyjne, a kilku oficerów przeszło na stronę powstańczą, co rzuciło cień na jego świetlaną karierę wojskową (groziła mu nawet dymisja, lecz miał wpływowych przyjaciół) i najprawdopodobniej spowodowało odsunięcie go w kwietniu 1863 r. od zadań dowódczych, choć miesiąc wcześniej otrzymał medal Św. Stanisława za wzorową służbę. Medal ten dołączył do pokaźnej kolekcji podobnych błyskotek starego carskiego wiarusa, w której były także wysokie odznaczenia od pozostałych zaborców – pruskie i austriackie.

Odsunięty na boczny tor, pobrzękując medalami, udaje się na „zasłużony” wyjazd do wód leczniczych. Z początkiem 1865 r., mimo starań o przywrócenie do czynnej służby, przeniesiono Ostrowskiego w stan spoczynku i mianowano generałem – majorem z pełnymi kombatanckimi prawami i pensją 860 rubli srebrnych rocznie, co niezbyt go satysfakcjonowało, gdyż suma ta zawrotną naonczas nie była, a patrząc na majątek Dobrowolskiego, którego stary generał był plenipotentem (podobnie jak i gen. Aleksandra Uszakowa), wyglądała wręcz niezwykle skromnie.

Janina Bemówna – córka Antoniego Gustawa Bema – ulubionego nauczyciela Stefana Żeromskiego z kieleckiego gimnazjum – stryjeczna prawnuczka gen. Józefa Bema (przeciwnika Ostrowskiego z czasów węgierskiej rewolucji narodowej) – w swoim pamiętniku zarysowała obraz tego starego carskiego generała, zapamiętany w dzieciństwie – podczas wakacji spędzanych w Piórkowie k. Łagowa (w dobrach gen. Uszakowa) w latach 90. XIX w.: „Generał Ostrowski był to człowiek osiemdziesięciokilkuletni, który w spacerach nieraz dotrzymywał mi towarzystwa, chociaż miałam wtedy o siedemdziesiąt lat mniej niż on. Lubiłam z nim chodzić, bo ciągle opowiadał o wojnach, w których uczestniczył, o swoich rzeczywiście nadzwyczajnych przygodach (…) Jedną z Jego tragicznych przygód opisał Żeromski w »Echach leśnych« [ale do tego dojdziemy za chwilę] (…) człowiek kulturalny i niezmiernie miły w towarzystwie, Polak z urodzenia – uważał się za Polaka (dzieci i wnuki to patrioci w całym tego słowa znaczeniu), ale duszę miał niepolską – był typowym generałem rosyjskim”…

JAK WIDAĆ – NARODZINY NIEPODLEGŁEJ NIE BYŁY ŁATWE…

Latem 1877 r. na froncie tureckim poległ gen. Włodzimierz Dobrowolski, a wdowa po nim – Wiera – mieszkająca w Petersburgu i pilnująca wykształcenia dzieci – Nadieżdy i Aleksandra – podtrzymała pełnomocnictwa dla gen. Ostrowskiego, dotyczące m.in. majoratu „Władimirowo”, w skład którego wchodziły także Ciekoty…

W takich to niełatwych czasach – po kilku już przeprowadzkach – gdzieś na przełomie lat 60. i 70. XIX w. – przyszło objąć dzierżawę tutejszego folwarku (lub raczej początkowo poddzierżawę od ww. Knopfa) Wincentemu Żeromskiemu – ojcu Stefana – przyszłego wybitnego polskiego pisarza. Rodzina Żeromskich osiadła na sapowatych ciekockich gruntach, zajmując podupadające budynki, stojące nad młyńskim stawem w cieniu drzew ogrodu oraz sadu, i podejmując trud gospodarowania w tym pięknym, lecz nieurodzajnym zakątku Kielecczyzny. Dorastający Stefanek patrzył na biedę ciekockich chłopów, którą będzie wspominał, i o której będzie pisał po latach m.in. tak: „Ludzie żyją kartoflami przez ¾ roku, a przez kwiecień, maj i czerwiec do nowych kartofli i żyta – siekanką z pokrzyw, lebiody, z kory olszowej mąką i mlekiem. Niektórzy zbierają ziarna manny, rosnącej po łąkach, wyłupują rdzeń soczysty wodnych tataraków i zasuszywszy go, mielą na mąkę, gniotą kluski i jedzą…”; albo tak: „W całej wsi ani jeden gospodarz nie miał nie tylko szkapy, ale nawet źrebięcia (…) a jeden z kolonistów, Lejba Koniecpolski, posiadał tylko dwie brodate kozy. Krowy, cielęta i kozy mieszkały zimową porą w izbach pospołu z ludźmi”. A tak na marginesie – pewien zupełnie współczesny uczeń polskiej szkoły XXI w., mając zapewne mgliście w pamięci podobne – jak powyższe – wywody Żeromskiego (najprawdopodobniej mocno zmieszane z opowieściami o „Harrym Potterze”, Chucku Norrisie, który wszystko może, i pewnie jeszcze z historią o „Dziewczynce z zapałkami”), w zeszycie do języka polskiego zapisał, co następuje: „U Żeromskiego ludzie dzielili zapałkę na czworo i też im się zapalała”…

No cóż, pomińmy może milczeniem pamięć i wiedzę owego ucznia – rzec by można na czworo rozdzieloną – i zobaczmy, co sam Żeromski, już po opuszczeniu Ciekot, zanotował w swoich „Dziennikach”: „Miłuję cię, wielki ludu prostaczy, schylam ci się do stóp z błaganiem, byś zrozumiał takich jak ja i byś kiedyś, gdy nas nie stania, dobrze nas wspominał”. Ciekocki „lud prostaczy” – „ci ludzie ubodzy, bracia moi” – jak pisał jeszcze S. Żeromski – również miłował i dobrze wspominał przez długie lata dzierżawcę tutejszego folwarku – Wincentego Żeromskiego, mówiąc o nim: „nasz stokrotny pan”, a także jego syna – późniejszego mistrza pióra – czego świadectwem jest m.in. fragment wiersza ludowej poetki z sąsiedniego Wilkowa – Katarzyny Zaborowskiej (1879 – 1967), zwanej „Kaśką spod Łysicy”:

„Jednego jo tylko scerze pokochałam!

On dla mnie, ja jemu serce swe oddałam.

Beł ci to Stefanek, nazwisko Zeromski.

A pochodzieł z Ciekot – tu pobliski wioski…”.

Samym Żeromskim też żyło się ubogo, patrzył więc Stefanek (co wspominał do śmierci Stefan) na biedę swojej rodziny, na trud pracy ojca, chorobę matki i wzrastające długi… W tej pięknej krainie, leżącej nad wijącą się pokrętnie u stóp Radostowej Lubrzanką oraz jej dopływami, trzeba było wydzierać karczunkiem każdą piędź ziemi, która i tak najchętniej rodziła kamienie. Na pewnym etapie tej walki z przeciwnościami losu, ojciec Stefana zastawił nawet u lichwiarki zegarek, którego już nie wykupił…

Być może dotarł do Ciekot ktoś z działającej wówczas kieleckiej bandy lub przestępczej „rodzinki” najbardziej osławionego zbója świętokrzyskiego – Józefa Lisa – znanego później całemu światu, jako „Kuba Rozpruwacz”… A może nawet on sam – trupio bladym świtem lub o krwawym zachodzie słońca – stanął w pobliżu zabudowań folwarcznych i spojrzał swym chciwym, zbrodniczym okiem na zaniedbany, chylący się ku ruinie dworek Żeromskich… I może pomyślał sobie: „Nic tu po mnie, co to za dziedzic, co nawet zegarka nie ma…”, a potem odszedł swą mroczną drogą – ku mrocznemu podbojowi światowego półświatka…

Mogło tak być, a faktem jest, że Żeromskim bieda doskwierała coraz bardziej, że Stefan zapamiętał „audiencje” u zarządzającego majoratem „Władimirowo” starego generała Ostrowskiego, na które czasem udawał się z ojcem. Generał przyjmował ich zawsze grzecznie – „jak najuprzejmiej”, ale i stanowczo domagał się od dzierżawcy Ciekot realizacji zobowiązań. Potem przyszła śmierć matki, nowa bieda i nowe długi, drugie małżeństwo ojca, znów bieda i długi, aż wreszcie we wrześniu 1883 r. nadeszła także i śmierć ojca, kończąca ciekocki okres życia Stefana… Po śmierci Wincentego Żeromskiego właściciel folwarku zmienił warunki dzierżawy, a gen. Ostrowski oświadczył wdowie z pasierbem i pasierbicą, iż „warunków kontraktu zmienić nie może”. Przyszło im opuścić Ciekoty, co szczególnie mocno – do końca życia – wryło się boleśnie w duszę Stefana, który w „Dziennikach”, pod datą 11. III 1884 r., zapisał: „Nie kochałem tak nic, jak moją wioskę kocham. To dziwna, odrębna, inna całkiem miłość od tych, które mi paliły piersi w życiu. Jakieś zwierzęce poczucie własności, jakaś namiętność dzika do tych kątów nędznych. Gdy pomyślę, że jadąc będę musiał opuścić i minąć ten dworek pod lipami – zdaje mi się, że to absurdum, niepodobieństwo…”.

Szerzej o ciekockich i o dalszych losach Stefana Żeromskiego opowiem niebawem, a teraz przyjrzyjmy się, choć w małej części, ciekockim śladom pozostawionym na kartach papieru – zapisanych jego mistrzowską ręką…

„Bardzo trudno jest pisać o najściślejszej ojczyźnie Stefana Żeromskiego, o górach domowych: Łysicy, Strawczanej, Bukowej, Klonowej z jednej strony, a Kamieniu Mąchockim, Radostowej i Kamieniu Kraińskim z drugiej, i o położonej pośrodku niej, u stóp góry Radostowej nad rzeczką Lubrzanką, wsi Ciekoty. Żadne bowiem słowa, żadne najdokładniejsze opisy nie sprostają plastyce sprawozdań, nasileniu uczucia, z jakim syn tych okolic pisał o nich przez całe życie” – pisała Hanna Mortkowicz – Olczakowa. Oddajmy zatem, najlepiej głos samemu Żeromskiemu, który jeszcze po kilku latach od rozstania z rodzinną wsią – w liście do swej narzeczonej Oktawii – pisał m.in. tak: „Pierwsze lata dzieciństwa, spędzone na wsi, wciskają w człowieka na zawsze szczególne, niezmazane znamię: będzie kupcem, marynarzem, subiektem w aptece, redaktorem, czy czemkolwiek, a jednak będzie zawsze członkiem – faktyczną, integralną, duchową częścią swej gminy i parafii, tych swoich – »Ciaciaków, Ciekot, Odpadków i Gawronek, Pod górą, Za drogą« – tych części łąk, pól, poręb i pastwisk swojego folwarku”.

Ciekoty – ukryte przeważnie pod innymi „zakonspirowanymi” literackimi nazwami – odnajdziemy niemal w każdej książce pisarza – w „Syzyfowych pracach” na przykład są to Gawronki (znana z dawien dawna nazwa jednej z ciekockich łąk), w „Promieniu” – Niemrawe, w „Ludziach bezdomnych” – Głogi, w „Popiołach” – Wygnanka, w „Urodzie życia” – Ciernie, zaś w „Przedwiośniu” – Chłodek. Żeromski korzystał będzie szeroko ze znanych sobie od dzieciństwa tutejszych nazw topograficznych również przy tworzeniu nazwisk bohaterów literackich – np. w dramacie „Uciekła mi przepióreczka”, gdzie pojawiają się swojsko brzmiące nazwiska, jak – Ciekocki czy Radostowiec. Poświęcił też Żeromski niemało inkaustu ludziom związanym ze swoją wioską rodzinną i jej mieszkańcom, wplatając ich losy, a czasem nazwiska, w akcję swych literackich dzieł oraz uwieczniając we wspomnieniach…

TAK POWOLI RODZIŁA SIĘ – Z PROSTYCH I WZNIOSŁYCH HISTORII ORAZ ŻYCIORYSÓW PROSTYCH I WZNIOSŁYCH – NIEPODLEGŁA…

A w Ciekotach, w cieniu Radostowej, życie płynęło spokojnie, wręcz sennie…

W przewodniku turystycznym z 1912 r. napisano więc, co następuje: „Ciekoty. Wieś. Niczem szczególniejszem się sama nie odznacza”. Jednak już na przełomie XIX i XX stulecia docierali pod Radostową pierwsi turyści, zmierzający tędy najczęściej do Świętej Katarzyny i na szczyt Łysicy. Tak też było podczas wycieczek organizowanych przez działaczy – powstałego w 1908 r. – Oddziału Kieleckiego PTK. Jednakże – jak to w dziejach Polski bywa – niebawem turystyczne ścieżki stały się niebezpieczne, bo oto latem 1914 r. nadciągała z groźnym pomrukiem dział I wojna światowa…

Jak już wiemy, w sierpniu i wrześniu 1914 r. w Kielcach tworzyły się struktury wojskowe Legionów Polskich pod dow. Józefa Piłsudskiego, a ochotnicy ciągnęli pod rozkazy Komendanta także z okolicznych wsi i miasteczek. Był wśród nich chłop spod Radostowej – Wojciech Chrabąszcz, szczycący się – jako jedyny we wsi – ukończeniem szkół – rolniczej i ludowej.

Dnia 10. IX 1914 r. 1. Pułk Piechoty Legionów Polskich wyruszył z Kielc na spotkanie wojennej zawieruchy, a jesienią tegoż roku w okolicy Ciekot toczyły się ciężkie walki pomiędzy Rosjanami a Austriakami. Pod Radostową wciąż płyną wieści z bliższych i odległych frontów krwawych zmagań wojennych. Płyną tu wieści o ciężkich bojach, toczonych przez Legionistów m.in. nad Nidą, Wisłą i Dunajcem, a potem pod Anielinem i Laskami, załamaniu się ofensywy i odwrocie na południe. Wówczas to legionowe bataliony 1. p. p. z Komendantem na czele przechodzą obok Ciekot, maszerując na trasie: Bodzentyn – Święta Katarzyna – Krajno – Górno – Brzechów – Daleszyce, a następnie w kierunku Doliny Nidy i Miechowa. Być może wówczas Legionista Chrabąszcz zajrzał w pośpiechu na chwilę pod rodzinną strzechę, a może nie zdążył tego uczynić… Być może pozostało mu już tylko pisanie listów w okopach kolejnych linii frontów legionowych walk – z Podhala (gdzie w grudniu 1914 r. – na bazie 1. p. p. – formuje się I Brygada Legionów Polskich), okolic Tarnowa, znów znad Nidy, z ziemi staszowskiej, spod Tarłowa, Urzędowa i Lublina, z Podlasia i zza Bugu, czy wreszcie z Wołynia, gdzie na pocz. września Legioniści zajmują okopy na linii rzek Stochód i Styr, tocząc ciężkie i krwawe walki pozycyjne. Na wszystkich tych polach bitewnych pułki Legionowe wykazywały się niebywałym męstwem, ponosząc też niestety duże straty w ludziach…

Do Ciekot tymczasem dotarły zapewne też wieści o walkach II Brygady Legionów Polskich (sformowanej w maju 1915 r.), uczestniczącej w czerwcu 1915 r. w ofensywie wojsk austrowęgierskich hen – na Bukowinie Karpackiej, i o sławnej po wsze czasy straceńczej szarży 2. szwadronu 2. pułku ułanów, poprowadzonej 13. VI 1915 r. przez rtm. Zbigniewa Dunin – Wąsowicza (wnuka szwoleżera spod Somosierry, dowódcę oddziału konnego Strzelców w sierpniu 1914 r. w Kielcach) pod Rokitną, gdzie 65 ułanów przeszło niczym burza przez cztery linie okopów, obsadzonych przez ok. 4 tys. piechoty wroga – kompletnie początkowo oniemiałego brawurowym atakiem Legionistów… Bohaterski rotmistrz ginie na najwyższym okopie, a por. Topór – Kisielnicki – nim także polegnie – zawraca ocalałych ułanów i kieruje ich w dół zbocza – w celu ponownego przecięcia – ziejącej ogniem i ołowiem – poczwórnej linii moskiewskich okopów. W „punkcie wyjścia” pojawia się zaledwie 9 osmalonych żołnierzy na spienionych koniach – stojących przed towarzyszami broni niczym upiory, które wyjechały wprost z piekieł… Później por. Stanisław Strumph – Wojtkiewicz napisze: „Wrażenie po tej zuchwałej do szaleństwa szarży naszego szwadronu było po obu stronach frontu piorunujące. Legendarna bitność polskiej jazdy została wskrzeszona… Nocą Rosjanie bez strzału opuścili pozycje na wzgórzach pod Rokitną”. Ta z pozoru szalona szarża, będąca przykładem niebywałego męstwa i poświęcenia, ocaliła życie setkom żołnierzy, którzy niechybnie polegliby lub zostali kalekami w trakcie trwania długich i wyniszczających walk pozycyjnych pod Rokitną.

W słynnym 2. Pułku Szwoleżerów Rokitniańskich w Gwardii Przybocznej Marszałka podczas wojny polsko – bolszewickiej służył będzie (obok m.in. Henryka Dobrzańskiego – późniejszego – jednego z pierwszych – partyzanta II wojny światowej, który swą podjazdową wojnę z Niemcami prowadził będzie na Kielecczyźnie, także w bezpośredniej okolicy Ciekot) syn ciekockiego dzierżawcy – Marian Rostkowski, ale o tym za chwilę…

W październiku 1915 r. II Brygadę przerzucono na front wołyński, gdzie – wraz z żołnierzami I Brygady oraz nowo utworzonej III Brygady – toczą (już w sile ok. 16 500 Legionistów) wyczerpujące, ciężkie walki pozycyjne, stawiając mężnie czoło przeważającym siłom Moskali, a następnie – latem 1916 r. – powstrzymując ofensywę rosyjską gen. Brusiłowa – prowadzą krwawe, wielodniowe bitwy, ponosząc duże straty, pod Kostiuchnówką, Polską Górą, a potem Rudką Miryńską nad Stochodem. Później nastąpił odwrót, postój na Mazowszu, kryzys przysięgowy w lipcu 1917 r., a na koniec rozwiązanie większości legionowych pułków i internowanie żołnierzy pochodzących z Kongresówki w Beniaminowie i Szczypiornie (od której to miejscowości piłka ręczna – niezwykle popularna i dziś na Kielecczyźnie – wzięła swą drugą nazwę – „szczypiorniak” – nadaną przez osadzonych w tamtejszym obozie Legionistów, próbujących poprzez tę doskonałą grę zespołową zabić czas). Był wśród nich dzielny legionista – wczorajszy i jutrzejszy żołnierz, dzisiejszy „szczypiornista” – Wojciech Chrabąszcz, znękany wojenną tułaczką i marzący zapewne o ławeczce przed swoją chałupą i widoku na Radostową…

Po przeciwnej stronie frontu natomiast, walczył (jak wielu Polaków z zaboru rosyjskiego, biorących też udział w ww. ofensywie Brusiłowa) inny chłop spod Radostowej – Jan Karyś – wzięty w sołdaty (tuż po swoim ślubie) jesienią 1911 r. i przydzielony do VI Grenadierskiego Pułku, stacjonującego w samej Moskwie. Gdy on był hen daleko na wschodzie, w Ciekotach rodził mu się syn… Wojenne losy rzuciły Jana Karysia aż do Prus Wschodnich, gdzie – po ciężkich walkach z Niemcami – wraz z tysiącami rosyjskich jeńców – głodny i brudny – patrząc na padających z wyczerpania towarzyszy broni, a w głębi duszy chowając obraz rodzinnej wioski, żony i synka – powlókł się do niewoli. Do Ciekot – po 8 latach ciężkiej służby wojskowej i poniewierki – powrócił w 1919 r., jednak nie na długo, ale o tym za moment…

TAK W BOJOWYM POCHODZIE, PRZYJAŹNI, MĘSTWIE, GORYCZY KLĘSKI I NIEWOLI – PO OBU STRONACH FRONTU… RODZIŁA SIĘ NIEPODLEGŁA…

Tymczasem w 1915 r. właściciel Ciekot, pułkownik armii carskiej – Aleksander Dobrowolski – zamieszkały wówczas w okolicy Żytomierza na Wołyniu – otrzymał pożyczkę na majorat „Władimirowo” w wysokości 3 tys. rubli. Jednak niedługo już przyszło mu cieszyć się majątkiem pod Kielcami, bowiem w wyniku ofensywy państw centralnych, przeprowadzonej wiosną i latem 1915 r., w sierpniu na obszar Królestwa Polskiego w zwycięskim pochodzie wkroczyły wojska niemieckie i austriackie. Walki toczyły się także w okolicy Ciekot. Zaborca rosyjski odszedł, ale rozpoczęła się trudna, trwająca ponad 3 lata, okupacja austriacka. Ciekoty znalazły się na terenie powiatu kieleckiego, należącego do tzw. generalnego gubernatorstwa ze stolicą w Lublinie. Austriackie władze okupacyjne prowadziły na kontrolowanym przez siebie terytorium bezwzględną gospodarkę rabunkową, którą mocno odczuł polski przemysł – i tak już zdewastowany przez wycofujących się Moskali. Jednak szczególnie ucierpiały – masowo wycinane – lasy, a szczególnie na terenie Łysogór i przyległym.

Nie patyczkowano się także z rolnikami, co dotkliwie dało się we znaki również dzierżawcy Ciekot – Feliksowi Rostkowskiemu oraz jego chłopskim sąsiadom. Austriacy jednakoż – w ramach pewnego wentyla bezpieczeństwa – zezwolili m.in. na organizowanie manifestacji patriotycznych, ukazywanie się polskich gazet czy funkcjonowanie polskiego szkolnictwa. Jawnie lub półjawnie działały też polskie stronnictwa polityczne. W sposób tajny natomiast działała – założona jeszcze pod zaborem rosyjskim z myślą o budowie przyszłej polskiej armii (dla której kadr kuźnią były Legiony) i kierowana przez środowisko niepodległościowe J. Piłsudskiego – Polska Organizacja Wojskowa.

Latem 1915 r. Piłsudski zarządził rozbudowę POW, do której tajnych struktur odkomenderował licznych oficerów i podoficerów I Brygady. W 1916 r. Jan Kosiński z sąsiednich Mąchocic nawiązał kontakt z kieleckim kierownictwem POW i rozpoczął organizowanie jej struktur systemem piątkowym w okolicy Radostowej, wciągając do tej konspiracyjnej działalności w pierwszej kolejności braci Mariana i Antoniego Rostkowskich z Ciekot – synów dzierżawcy tutejszego folwarku – z którymi ściśle współpracował aż do 1918 r., kiedy to, rozkazem Naczelnej Komendy, wszyscy okoliczni członkowie POW zostali skierowani do służby w odradzającym się Wojsku Polskim…

W końcu października 1918 r. – w obliczu klęski państw centralnych – członkowie POW i młodzież skautowa przystępują do rozbrajania stacjonujących na Kielecczyźnie wojsk austriackich. Już pierwsze dni listopada tego roku przynoszą w Góry Świętokrzyskie powiew wolności…

Rankiem 10. XI 1918 r. do Warszawy przybywa – zwolniony przez Niemców po 15 – miesięcznym pobycie w twierdzy magdeburskiej – Józef Piłsudski, by 22. listopada stanąć na czele wskrzeszonej Ojczyzny, jako Naczelnik Państwa. Kilka dni wcześniej, bo 14. listopada – po zrzeknięciu się całej władzy na jego rzecz przez tzw. Radę Regencyjną – Piłsudski, w wydanym przez siebie pierwszym urzędowym akcie, napisał m.in.: „Wyszedłszy z niemieckiej niewoli, zastałem wyzwalającą się Polskę w najbardziej chaotycznych stosunkach wewnętrznych i zewnętrznych, wobec zadań niezmiernie trudnych, w których lud polski sam musi wykazać swoją zdolność organizacyjną”.

Natomiast jego dobry znajomy – Stefan Żeromski – mocno zaangażowany w proces odzyskiwania nieodległości – pełen nadziei na lepsze jutro – pisał m.in. tak: „Noc dosięgła ostatniej swojej minuty. W oczach pęka ciemność i nasza godzina wnet uderzy. Przeczuwa to serce polskie, choćby najcichsze i najprostsze, a radość jego nie ma granic (…) W brzask tego przedwiośnia niesie wiatr odgłos nowy… To polska dłoń chwyciła młot i kucie nowej pracy w rodzinie ludów spoza huku armat dolata”.

W czas owego „przedwiośnia” wiatr rzeczywiście niósł odgłos „młotów”, wykuwających mozolnie nową przyszłość gospodarczą świeżo odrodzonego państwa, ale i huk armat „dolatał” zewsząd coraz to donioślej i bardziej złowrogo… W 1918 i 1919 r., gdy budowały się struktury państwowe Niepodległej, trwała już walka o przyszły kształt jej granic, prowadzona niemal na wszystkich kierunkach. Krwawiły – w powstańczych walkach z Niemcami – Wielkopolska i Śląsk, krwawił Lwów – posyłając przeciw Ukraińcom swoje Orlęta, trwały walki o Cieszyn z Czechami, oddziały polskie wkraczają też na sporne terytoria Orawy i Spiszu, a działaniami tymi kieruje z Zakopanego Stefan Żeromski, wybrany w końcu października 1918 r. Przewodniczącym Rady Narodowej tzw. Rzeczypospolitej Zakopiańskiej, obejmującej władzę na tamtym terenie w imieniu Polski…

TAK OTO I PREZYDENT ŻEROMSKI SZEDŁ WRESZCIE NIE TYLKO PIÓREM PO PAPIERZE KU NIEPODLEGŁEJ…

Na rozkaz Żeromskiego – zwanego Prezydentem Rzeczypospolitej Zakopiańskiej – oddziały, rekrutujące się z miejscowej ludności i prowadzone przez polskich dowódców z rozwiązanych jednostek austriackich, wypełniając postulaty ludności orawskiej na czele z nowo utworzoną Orawską Radą Narodową, zajęły terytoria na płn. Orawie…

Jednak największe niebezpieczeństwo dla oswobodzonej z zaborczych kajdan Polski, nadchodziło ze wschodu – znad ogarniętej bolszewicką rewolucją Rosji. Nadciągała stamtąd nieuchronnie czerwona nawałnica… Pierwsza bitwa jednostek polskich z bolszewikami miała miejsce już w końcu stycznia 1918 r., kiedy to zaatakowano I Korpus Polski w Bobrujsku i zakończyła się ona zwycięstwem żołnierzy gen. Józefa Dowbór – Muśnickiego…

W listopadzie 1918 r. Armia Czerwona rozpoczyna marsz na zachód – w celu wsparcia rewolucji w Niemczech i innych państwach Europy, ogarniętych powojennym chaosem i biedą. W lutym 1919 r. na Kresach Wschodnich w miejsce ustępujących dywizji niemieckich wkraczają wojska bolszewickie. Naprzeciw nim idą jednostki nowo powstałego Wojska Polskiego. Do pierwszych starć z Armią Czerwoną dochodzi między Grodnem a Kobryniem oraz na płn. skrzydle frontu zaangażowanego w walkę z Ukraińcami…

Na apel Naczelnika Piłsudskiego – wzywający do obrony nowej polskiej państwowości, starych prawideł europejskich narodów i wiary chrześcijańskiej przed nadciągającym ze wschodu chaosem – ruszają w pole rzesze ochotników – zarówno nieopierzonych rekrutów, jak i starych wiarusów – by dać odpór zbliżającej się do strzech rodzinnych bolszewickiej hordzie. Są wśród nich dobrze nam już znani mieszkańcy Ciekot: bracia Marian i Antoni Rostkowscy – Peowiacy, synowie dzierżawcy tutejszego folwarku, Jan Karyś – były sołdat moskiewskiego grenadierskiego pułku, który dopiero co z niewoli niemieckiej pod Radostową powrócił i Wojciech Chrabąszcz – Legionista Piłsudskiego i jedyny „uczony” chłop we wsi. Idą z nimi także bracia Kosińscy z Mąchocic i wielu, wielu synów tej kamienistej ziemi, tak ukochanej przez Stefana Żeromskiego, który wciela się teraz w rolę korespondenta wojennego...

Po początkowych sukcesach Wojska Polskiego – m.in. opanowaniu Wilna, Mińska i Bobrujska wiosną 1919 r., zawarciu sojuszu z Ukraińcami, zwycięskiej ofensywie na Wołyniu i Podolu zakończonej zdobyciem Kijowa 8. V 1920 r. – Armia Czerwona przystępuje do kontrofensywy i zaczyna przeć w krwawym, wyniszczającym pochodzie naprzód – „przez trupa białej Polski” – niosąc na zachód „płomień światowej rewolucji”. W Warszawie w końcu czerwca 1920 r. – w wyniku stale pogarszającej się sytuacji na froncie – tworzy się Rada Obrony Państwa, która specjalną odezwą wzywa naród do współdziałania w obliczu zagrożenia bytu państwowego…

Naród nie zawiódł, nie zawiodły też umęczone walkami odwrotowymi, wykrwawione jednostki WP, broniące w początkach sierpnia ostatkiem sił przedpola Warszawy przed bolszewikami prącymi do sforsowania Wisły i obejścia stolicy…

W tym czasie pod Radostową – w domach Kosińskich, Rostkowskich, Chrabąszczów i Karysiów modlono się żarliwie o zwycięstwo i bezpieczny powrót z wojny synów, braci i ojców. Ziemia świętokrzyska i sandomierska stała się bezpośrednim zapleczem frontu oraz przygotowywanego przez sztab WP kontruderzenia, gotowano też się tutaj do obrony w razie zdecydowanego przejścia bolszewików przez Wisłę…

Dnia 15. VIII 1920 r. – w święto Wniebowzięcia NMP – pozornie przełomu widać nie było, jednak heroiczne boje na przedpolach Warszawy, a szczególnie nadludzki i skuteczny wysiłek bojowy 5. Armii walczącej nad Wkrą, stworzyły pomyślne warunki dla grupy uderzeniowej (przygotowanych podczas odwrotu odwodów w postaci 3. i 4. Armii pod dow. J. Piłsudskiego i E. Śmigłego – Rydza), która 16. sierpnia wyprowadziła znad Wieprza druzgocące dla bolszewików uderzenie – wymierzone w lukę pomiędzy płn. i płd. frontem nieprzyjaciela – umożliwiające wyjście na tyły wojsk M. Tuchaczewskiego i zmuszenie Armii Czerwonej do generalnego odwrotu…

Plan powiódł się w 100%, a bitwa ta, zwana warszawską, zadecydowała o losach świata. Sytuacja zmienia się całkowicie na korzyść Polaków, a od 18. sierpnia rozpoczyna się pościg dużych sił WP za cofającymi się wojskami Tuchaczewskiego, połączony z głębokim manewrem odcinającym je od dróg odwrotu. Rozkaz Naczelnego Dowództwa WP brzmiał: „…pościg jak najszybszy ma na celu odcięcie nieprzyjacielowi dróg odwrotowych ku wschodowi i północnemu wschodowi. Toteż nie żałować nóg na najforsowniejsze marsze – za szybkość będą specjalnie rozdawane odznaczenia”…

Toteż i nie żałowali, nie licząc nawet i specjalnie na odznaczenia, szli w pogoń za uchodzącym wrogiem, śpiewając gromko:

„…Lance do boju, szable w dłoń,

bolszewika goń, goń, goń…”…

Nie żałowali nóg własnych i końskich także żołnierze WP spod Radostowej – Kosińscy, Rostkowscy, Jan Karyś i Wojciech Chrabąszcz. Odtąd pola bitewne znów słały się gęsto bolszewickim trupem, tak jak wcześniej trupem polskim. Marian Rostkowski, jak pamiętamy, gonił bolszewika w szeregach elitarnej jednostki polskiej kawalerii – 2. Pułku Szwoleżerów Rokitniańskich – Gwardii Przybocznej Marszałka, a trzeba dodać, że w pułkach jazdy polskiej istniała niepisana gradacja: najpierw byli szwoleżerowie, potem ułani, a następnie strzelcy konni.

Pod Radostową zaś, docierały jeszcze echa ostatnich akordów tej pierwszej od wieków zwycięskiej wojny, zakończonej przyłączeniem do Polski ogromnych połaci ziem na wschodzie i podpisaniem 18. III 1921 r. w Rydze polsko – sowieckiego traktatu pokojowego…

NIEPODLEGŁA U SWEGO ZARANIA STAWAŁA SIĘ ŚWIATOWYM MOCARSTWEM…

O tych polskich powstaniach i wojnach – walkach o Niepodległą (jak i o dziejach historycznie bardziej odległych) – pokrótce powyżej zarysowanych – „z ogniem” pisał syn jednego z dzierżawców Ciekot – Stefan Żeromski – odmalowując je na kartach m.in. „Popiołów”, „Wiernej rzeki”, „Ech leśnych”, „Syzyfowych prac”, „Snu o szpadzie”, „Przedwiośnia” czy „Puszczy jodłowej”…

W roku 1921 ogłoszono demobilizację i żołnierze rodem z Ciekot – bracia Rostkowscy, Chrabąszcz i Karyś – powrócili pod Radostową. Powrócili, by zetknąć się z zupełnie nowymi realiami odrodzonej Rzeczypospolitej, nazwanej II Rzeczpospolitą…

W 1919 r. ustalono nowy podział administracyjny kraju, zgodnie z którym (przy wydatnym wsparciu Marszałka) utworzone zostało duże województwo kieleckie (o pow. 25 600 km², co obszarowo stawiało je na 9 miejscu wśród 17 województw II RP) – ze stolicą w Kielcach – w którego skład weszły też: ziemia radomska, Zagłębie Dąbrowskie i Okręg Częstochowski. Ciekoty znalazły się w obrębie powiatu kieleckiego i granicach gminy Dąbrowa…

W powstającym ze zgliszczy wojennych – niesamowicie wyniszczonym i zubożałym (wycofujący się zaborcy wywozili nawet kompletne zakłady przemysłowe, a na potrzeby wojska rekwirowano praktycznie wszystko, nie wyłączając garnków, rondli czy dzwonów kościelnych), trapionym dodatkowo epidemiami – kraju rozpoczyna się mozolna odbudowa przemysłu i gospodarki rolnej. W 1919 r. Stefan Żeromski, z myślą o reformie rolnej, pisze: „Ziemia jest warsztatem pracy i jako warsztat pracy winna być umiejętnie przez światłych i świadomych agronomów zmuszona do wydawania stokrotnego plonu”, w związku z czym pisarz apeluje o „powołanie z obczyzny, wyszukanie w kraju i skupienie wszystkich agronomów polskich. Ci to ludzie byliby gospodarzami roli polskiej, sztabem oficerów rolniczych” – coś jakby taka „Pierwsza Kadrowa” rolnicza…

Żeromski, ciągnąc dalej ten niezwykle ważny dlań temat, pisał też tak: „Mamy odbudować z gruntu wieś polską. (…) Wierzę niezłomnie, iż konstytucyjny Sejm polski, zwołany na najszerszych podstawach głosowania, proklamuje wszechwładztwo ludu w zjednoczonej i niepodległej Rzeczypospolitej Polskiej. (…) Wszystka własność wielka – ponad pięćset morgów – uznana być winna za warsztat pracy ludu polskiego bezrolnego i małorolnego. (…) Sejm polski winien oddać we władanie, bez żadnego na rzecz poprzednich właścicieli wykupu, ludowi polskiemu, proletariuszom najbiedniejszym na świecie”… Te apele, wynikające z marzeń pisarza – oddanego całym sercem najbiedniejszym obywatelom, okazały się zbyt daleko idącymi jak na możliwości znękanego wojnami i zaborami młodego państwa – możliwy był jedynie wykup ziemi, i to ograniczonego areału…

W czerwcu 1922 r. rozpoczęła się – trwająca kilka lat – parcelacja pomajorackiego majątku w Ciekotach, która nie obyła się bez zgrzytów na liniach: gospodarz – gospodarz oraz gospodarz – kielecki urząd ziemski, a prośby o interwencję szły spod Radostowej aż do Warszawy – do najwyższych władz państwowych… Echa tej burzliwej sprawy podziału sapowatych, kamienistych gruntów rolnych nad Lubrzanką przetrwały w archiwum pod postacią sterty akt, opatrzonych napisem: „Sprawa parcelacji majątku państwowego Ciekoty, gmina Dąbrowa 1922 – 1928”…

Do owej parcelacji przeznaczono 142 morgi 53 pręty ziemi, której wstępnie oszacowana wartość należała do najniższych na Kielecczyźnie, a na jednego mieszkańca wypadało średnio po 5 mórg. Wśród, oczekujących na wykup owej garstki ziemi, ciekockich obywateli odrodzonej Ojczyzny – dzierżawców, małorolnych i bezrolnych, którzy „nie byli karani za zbrodnie, nie służyli przeciw Państwu Polskiemu, nie brali samowolnie cudzych gruntów w posiadanie i nie nakłaniali innych” – byli też nasi dobrzy znajomi – żołnierze, co to niedawno z frontu powrócili…

Jan Karyś, posiadający dwoje dzieci, a gruntu żadnego, miał ponoć kłopoty z przyznaniem ziemi z powodu wcześniejszej służby w armii rosyjskiej. Legioniście Wojciechowi Chrabąszczowi natomiast, przepisowy przydział gruntu wydawał się zbyt mały, jak na jego wojenne zasługi, więc pisał „Do W – nego Pana Komisarza Ziemskiego w Kielcach: Na podstawie odczytanego nam przed frontem rozkazu Naczelnego Wodza o przyznawaniu żołnierzom prawa pierwszeństwa do kupna ziemi składam przy niniejszym zgłoszenie i upraszam o sprzedanie 26 mórg ziemi”…

Bracia Marian i Antoni Rostkowscy zaś, siedzieli cicho, słuchając poleceń swego – nie znoszącego sprzeciwu, despotycznego ojca, pana na folwarku Ciekoty – Feliksa Rostkowskiego, który własnego gruntu nie posiadał, a z tytułu należności dzierżawnych winien był państwu dwa i pół miliona marek polskich, co przeliczono po reformie walutowej na 256 zł 50 gr. Feliks Dąbrowa – Rostkowski (przydomek od herbu Dąbrowa, którym z dawien dawna w Rzeczypospolitej pieczętowali się Rostkowscy; choć niektórzy twierdzą – co mało prawdopodobne – że przyjął go od nazwy gminy) pieklił się siarczyście i kwestionował m.in. przyznanie działki parcelacyjnej swojemu dawnemu parobkowi – Piotrowi Sroce, który o nią prosił, „ponieważ z chwilą parcelacji został ze służby oddalony a temsamem pozbawiony chleba”. Oskarżając się zatem wzajem – Rostkowski Srokę o kłamstwo i nieuczciwość, a Sroka Rostkowskiego o chciwość i żerowanie na ludzkiej biedzie – słali pisma (z jednej strony podpisywane zamaszystym przydomkiem – Dąbrowa – przy nazwisku, zaś z drugiej nie mniej zamaszystym znakiem krzyża) do coraz to wyższych instancji państwowych – kieleckiego komisarza urzędu ziemskiego, wojewody kieleckiego, aż wreszcie – po wysłaniu przez Srokę listu do „Pana Ministra Reform Rolnych w Warszawie” – Rostkowski śle patetyczne pismo do „Jego Ekscelencyji Marszałka Józefa Piłsudzkiego”, w którym pisze m.in.: „Rozwielmożniony biurokratyzm austryjacki, łapownictwo i partyjnictwo wtłaczają napowrót do półtorawiekowej mogiły zmartwychwstającą z niej Ojczyznę (…) krzywda i niesprawiedliwość wyrządzona dwom synom moim, którzy zgłosili się jako ochotnicy do szeregów Armii na rozkaz Waszej Ekscelencyi i powrócili – jeden poraniony szrapnelami, drugi z Krzyżem Walecznych, obaj z zapewnieniem, że powyższe odznaczenia dają im prawo pierwszeństwa do kupna ziemi z parcelacyi”…

Bo też i – jak ludzie głośno mówili – kielecki komisarz ziemski od łapówek nie stronił i ponoć niewąsko się na owej „parcelacyi” obłowił. Feliks Rostkowski tymczasem, nie doczekawszy się odpowiedzi od Marszałka „Piłsudzkiego”, wysłał doń – do samej Warszawy – swego syna Mariana, z zadaniem przypomnienia Komendantowi swoich zasług bojowych i upomnienia się o swoje. Chcąc nie chcąc, Marian – żołnierz elitarnego i lubianego przez Wodza 2. Pułku Szwoleżerów Rokitniańskich – ruszył do stolicy – do Belwederu, gdzie, odsyłany od drzwi do drzwi, spędził kilka dni. Aż tu – zupełnie przypadkiem – odsiadując swoje w kancelarii – napatoczył się na samego Marszałka, który – zapytawszy o macierzystą jednostkę „petenta” i usłyszawszy przepisowo wykrzyczaną odpowiedź – rozkazał natychmiast go „załatwić”, co sekretarze skwapliwie wykonali, wysyłając m.in. telegram do kieleckiego komisarza ziemskiego, który bezzwłocznie rozdzielił działkę pomiędzy obie zwaśnione strony. Jednak spór Piotra Sroki z Feliksem Rostkowskim „o dobre imię” trwał jeszcze jakiś czas i zakończył się w sądzie pokoju w Niewachlowie…

TAK… NIEŁATWE BYŁY POCZĄTKI NIEPODLEGŁEJ… ALE ONA STAŁA SIĘ NAMACALNYM FAKTEM – BYTEM REALNYM – CHOĆBY I PRZEZ TĘ ZIEMIĘ – GRUNT POLSKI POD NOGAMI…

Rodzinny dom i 40 mórg ziemi ojcowskiej pod Radostową chciał wykupić także – sławny już wtedy pisarz – Stefan Żeromski, który, dowiedziawszy się o parcelacji Ciekot, natychmiast wysłał pismo do ministerstwa rolnictwa, jednak koniec końców projektu tego nie zrealizował...

Do samego Marszałka pisał również – poinstruowany przez Feliksa Rostkowskiego – parobek z folwarku Ciekoty – Jan Bysiak – ojciec jednego syna i posiadacz jednej krowy, który toczył spór o działkę z gajowym Józefem Jaworem, posiadającym ponoć, oprócz sporego inwentarza, znajomości w Senacie II RP. Zanosił zatem Bysiak w 1928 r. prośby do Piłsudskiego – w pismach, w których czytamy m.in.: „Dotąd nie znalazłem sprawiedliwości, albowiem jestem zbyt biednym wyrobnikiem rolnym, ostateczna nędza ośmiela mnie szukać sprawiedliwości u Waszej Ekscelencyji. (…) błagam Waszej Ekscelencyji, aby mi nie odbierano parceli, na którą zostałem zatwierdzony w roku 1922 i na którą dotąd oczekuję”. Wspomina też Bysiak w owych listach o krzywdzie wyrządzonej mu przez „Okręgowy Urząd Ziemski w Radomiu” i o ww. tajemniczych znajomościach senatorskich rodziny Jaworów. Tak czy owak, spór ten rozstrzygnięto na korzyść – już owdowiałej – żony Jawora, mimo iż Bysiaka wsparł nawet „Powiatowy Urząd Kielc”…

Podobni jemu „posiadacze osad komorniczych” – pośród których znajdziemy stare ciekockie nazwiska, jak Zych, Michta czy Radek – do swych ankiet parcelacyjnych dołączyli podanie, w którym napisali m.in.: „Na tak szczupłej przestrzeni nie podobna wyżywić się z rodzinami, ani utrzymać jakiegokolwiek inwentarza, zarobku żadnego nie mamy, gdyż ani fabryk, ani dworskich gospodarstw w bliskości nie ma, przed wojną wychodziliśmy na zarobki do Prus, lecz obecnie i ten zarobek jest niemożliwy”. Natomiast Żeromski, patrząc na nędzę odradzającej się Ojczyzny, pisał m.in. tak: „Wciąż jeszcze najcięższy grzech obciąża nas wszystkich: miliony ludzi polskich bez roli, komorników i chałupników”…

BIEDNA BYŁA NIEPODLEGŁA U SWEGO ZARANIA – OGRABIONA PRZEZ ZABORCÓW I NAJEŹDŹCÓW PRAKTYCZNIE ZE WSZYSTKIEGO… SZARGANA WEWNĘTRZNYMI SPORAMI, PENETROWANA PRZEZ OBCE SIŁY… Aż znów „Dziadek” Piłsudski musiał wziąć sprawy w swoje ręce majową porą roku 1926… Ale to temat na zupełnie odrębną opowieść…

W ogarniętej powojenną biedą Polsce wspaniała, wzniosła wizja „Szklanych domów”, roztoczona przez pisarza w „Przedwiośniu”, stawała się bardzo odległa, a bywało, że i zwykłych szkół czasem brakowało – szczególnie na wsi, choć z tym problemem akurat szybko się uporano, instalując małe wiejskie szkółki w chłopskich izbach lub zabudowaniach dworskich, by lud wiejski Polsce przywrócić. W 1922 r., podczas parcelacji majątku, w Ciekotach „grunt dla szkoły zaprojektowany nie został, gdyż Ministerstwo Wyznań i Oświecenia nie przedłożyło żadnego piśmiennego wniosku w tej sprawie”…

Tę ciężką sytuację w kraju próbowali wykorzystywać komuniści, działający na zlecenie bolszewickiej Moskwy i prowadzący na terenie Polski działalność propagandową oraz terrorystyczną. O ile ten pierwszy rodzaj działalności przynosił efekty na szczęście raczej mizerne, to ten drugi wyrządził szkody niemałe – w Polsce zaczynają padać zdradzieckie strzały zza węgła, wybuchają bomby… Ten gorzki czas pierwszych rozczarowań w powstającym z wojennych popiołów państwie, odmalował w „Przedwiośniu” (które ukazało się w 1924 r.), schodzący już powoli z tego świata Stefan Żeromski, który był przez niektóre środowiska mocno krytykowany za „rewolucyjną” wymowę tego dzieła… a była w nim zawarta po prostu przestroga przed bolszewizmem, któremu wrota uchylali swą nieudolną polityką i niepohamowanym pieniactwem ówcześni włodarze Rzeczypospolitej…

Pisarz zmarł 20. XI 1925 r. w swoim mieszkaniu na Zamku Królewskim w Warszawie. Jego pogrzeb stał się wielką – wielotysięczną – manifestacją patriotyczną, a prof. Wacław Borowy (1890 – 1950) – znany historyk i krytyk literatury – skreślił znamienne epitafium: „Jego twórczość była chlebem duchowym dwóch pokoleń. Nikt prócz niego nie umiał nam kazać płakać. Nikt tak jak on nie umiał hartować naszych dusz żółcią i piołunem. Nikt tak jak on nie podnosił i nie targał naszych serc. Był tym, wobec którego niemożliwa była obojętność”.

TAK ODCHODZIŁ JEDEN Z NAJWIĘKSZYCH PIEWCÓW NIEPODLEGŁEJ…

Być może w ostatnich chwilach swego życia ten sławny syn Gór Świętokrzyskich patrzył przez okno Zamku Królewskiego na płynącą w dole Wisłę i być może miał przed gasnącymi oczyma swoją ukochaną od dzieciństwa Lubrzankę, choć gdzie jej tam do królowej polskich rzek… Tylko Radostowej zobaczyć nie mógł, a jedynie – ciągnące się jak okiem sięgnąć – mazowieckie równiny… Być może jednak ją widział…

Był listopad… być może zbocza tej jego najdroższej „góry domowej” były już oprószone pierwszym śniegiem… Z drzew rosnących u jej podnóży dawno już spadły liście, a dymy ognisk snuły się żałobnie po jej pochyłościach… Być może pewien stary powstaniec patrzył ze szczytu ku północy… może ocierał łzę spływającą po umorusanym ziemią i popiołem policzku… Być może i inni mieszkańcy cichej wioski w dole także ocierali łzy… Być może…

Na pewno w Ciekotach, jak i w całej tej kamienistej łysogórskiej krainie, dalej żyło się biednie, a po policzkach tutejszych mieszkańców spływała niejedna łza…

TAK WŁAŚNIE RODZIŁA SIĘ NIEPODLEGŁA W CAŁYM KRAJU I W GÓRACH ŚWIĘTOKRZYSKICH…

Tak właśnie twardzi i nieustępliwi górale świętokrzyscy wraz z towarzyszami broni z całej Polski wydzierali zaborcom i najeźdźcom każdą piędź Ziemi Ojczystej, zraszając tę piędź obficie krwią… Pamiętajmy w ten czas listopadowy – w czas SETNEJ ROCZNICY ODZYSKANIA NIEPODLEGŁOŚCI o Ich ofierze… I w imię tej Ofiary strzeżmy NIEPODLEGŁEJ także dzisiaj…

W jaki sposób? – Jak wyżej zapisano – Miłością do NIEPODLEGŁEJ („mądrej głowie dość dwie słowie…”)…