
Dziś przedstawiam Wam kolejny fragment zapisu naszego filmu na kanale YouTube "Miotła czasu" - pt. "Czarownice, latawce, czarty i sabaty", który jest jednocześnie zaproszeniem do oglądania tegoż filmu, a idzie to tak:
PW
Zagraniczni turyści docierający pod Łysicę – najczęściej ci z zachodniej części Polski oraz z Zachodniej Europy, a zwłaszcza z Niemiec, widząc na straganach z pamiątkami przeróżne kukiełki wiedźm, siedzących okrakiem na miotłach, krzyczą często: – O, nasze czarownice! Jednak najczęściej chodzi o te produkowane masowo – odziane w falbaniaste (często z fartuszkiem) suknie, obute w trzewiki, przyozdobione koronkami, pantalonami i koniecznie noszące na głowach spiczaste czapki. Podobnie wyglądają pamiątki w słynącym z czarownic mieście Salem w USA – aż za oceanem. Nasze, rodzime Baby – Jagi, które przez kilka stuleci żyły tylko w ludowej opowieści, a dopiero na przełomie XIX i XX w. – jako symbol Gór Świętokrzyskich – zostały na nowo odkryte przez polskich regionalistów, strój mają na ogół zgrzebny, a zarazem regionalny: na głowie chusteczka, koszulę nakrywa czerwono – czarna zapaska, poniżej – najczęściej wzorzysta spódnica, no i najczęściej ta nasza wiedźma jest bosa. Jeden – już dziś nieodłącznie kojarzony z wiedźmami – wspólny element – taki, latający, pomost między wiedźmami zachodu i wschodu – stanowi miotła.
PK
I tu mamy dla was odpowiedź na kolejny pytajnik z naszego ostatniego filmu: czy pod Łysicą spotkacie czarownice, ubrane na modłę zachodnią?
Chociaż, wg S. Piołuna – Noyszewskiego, i my możemy pochwalić się wycinkiem zachodniej mody w sferze czarnoksięstwa. Pisarz przywołuje bowiem tajemniczą postać dziedzica Koryckiego, który w Górach Świętokrzyskich uprawiał czarną magię, a służba widywała czasem przez dziurkę od klucza, jak przywdziewał spiczastą czapkę oraz czerwony płaszcz i słyszała, jak mamrotał pod nosem tajemne zaklęcia w jakimś niezrozumiałym, szatańskim języku i „złego ducha wywoływał, zmawiał się z czartem na zgubę dusz ludzkich”.
PW
Po II wojnie światowej postać świętokrzyskiej czarownicy promowali harcerze, a po raz pierwszy, jako oficjalny symbol regionu, pokazano ją w 1947 r. podczas Świętokrzyskich Dni Kultury (być może dlatego, że – dobrotliwy na pozór – symbol pogaństwa z Łysicy miał zdetronizować Benedyktyński Krzyż z Łysej Góry...).
PK
Dziś wszyscy chcą świętokrzyską czarownicę przedstawiać, jako symbol promujący ten region, po swojemu – jedni, tradycyjnie, chcą ją widzieć jako pomarszczoną ze starości wiedźmę, pędzącą na miotle w regionalnym stroju, inni – podobnie, ale raczej jako dobrotliwą babę – zielachę, znachorkę (od wielu lat powstają tego typu zabawki, pamiątki i gadżety promocyjne, które, jak zdarta płyta, niewielu już chwytają za serce...), jeszcze inni – i ta koncepcja ostatnio przoduje (powstały także takie plakaty i filmy reklamowe) – jako młodą, piękną, uwodzicielską, pełną wigoru, uśmiechniętą, tryskającą humorem, czarującą czarowniczkę. Jednak istnieje jeszcze jedna koncepcja – na pewno z wielu względów warta rozważenia. Wiedźma łysogórska – jako postać czarna i zawoalowana, złowieszcza i groźna, ale swą grozą nieodgadniona, rodząca strach przed tym, czego nie widać (bo to przeraża najbardziej...), taka, której lot i przeraźliwy, diabelski śmiech będą wyczuwalne i przejmująco słyszalne nad puszczą i gołoborzem... we mgle, lecz prawie niedostrzegalne... czyli taka, która doskonale wpasuje się w mroczny klimat Łysogór, który to w pełni wyczuwał już w dzieciństwie i młodości (zachowując go w pamięci aż do śmierci) Żeromski, pisząc w „Dziennikach” o lesie na Łysicy: „Ten ciemny granat, który jest jakby wilgotny wiecznie, bo wiecznie ta mgła po drzewach się wiesza i milcząca jego groza. Duma i duma stara Łysica, straszna, groźna, kamienista i ponura”.
PW
Prawda jest taka, że ludzie po prostu lubią się... bezpiecznie... bać – wystarczy spojrzeć, jaką popularnością cieszą się horrory (najbardziej te, podczas których oglądania, boimy się nieznanego...) lub, jak są oblegane w lunaparkach tzw. pałace strachu. Trzeba być może zatem, dać ludziom to, czego chcą... Może należałoby przeto, zorganizować na stoku Łysicy specjalną turystyczną ścieżkę grozy w klimacie i stylu amerykańskiego filmu „The Blair Witch Project” – z odgłosami i migawkami nieodgadnionej, przerażającej tajemnicy – aby umrocznić, nowocześnie uprawdopodobnić „milczącą grozę” lasu Łysicy... Czyli, zamiast klimatu czarownic z Salem, klimat legendy o wiedźmach z Blair... Można by również, wzorując się na fabule tego słynnego filmu grozy, organizować na Łysicy konkursy na amatorskie filmy, kręcone w takim właśnie stylu – „TBWP”... No trochę nas chyba znów poniosło…
Ale popłyńmy ciut dalej, a co nam szkodzi… Dopełnieniem takiej „ścieżki grozy” mogłaby być rekonstrukcja chaty czarownicy (może również dworu ww. dziedzica Koryckiego i innych podobnych, legendarnych miejsc – podobne zabiegi stosowane są na świecie, np. w Salem właśnie...), wyglądającej np. tak, jak w powieści W. Przyborowskiego
„Król Krak i królewna Wanda”:
PK
„Chałupka to była niewielka, z belek grubych zbudowana, mchem i gliną utkana, ukryta w owym wąwozie, między gąszczem leszczyny, jałowca i głogu. Prawie pod samą chatą przepływał potok górski z czystą jak łza wodą, szumiąc i pieniąc się po skalistym, pełnym zagięć i spadków gruncie stanowiącym jego dno. (...) Wszystko tu bowiem było straszne. Dzika okolica, posępna pustka, wyrwy skaliste zakrywające widnokrąg, olbrzymie, odwieczne drzewa, szum potoku i na koniec, na dobitek, ujrzał Zabój rozpiętego na drzwiach chaty, wielkiego puchacza. Skrzydła i ogon miał on przybite kołkami do drzwi i patrzał szklistymi, martwymi, okrągłymi oczami przed siebie. (...) Na kominie gorzało wielkie ognisko i stały przy nim garnki i rynki, i w nich coś głośnego warzyło się, i skwierczało, wydając mocną, kwaśną woń. Tuż przy czarownicy siedział na tylnych łapach jasno oświecony od ognia czarny kot i mrugał patrząc niespokojnie błyszczącymi ślepiami na gości. Po izbie, po glinianej polepie, skakał kruk i sroka, szukając żeru i dziobiąc to i owo. W kącie, przy drewnianych statkach i garnkach, stała łopata i ożóg na krzyż złożone. U pułapu wisiały pęki ziół rozmaitych, olbrzymie jakieś kości, głowa z wielkimi rogami nieznanego zwierza, zasuszone żaby, węże i jaszczurki. Przy ścianie na wprost drzwi, na deskach, leżała trupia główka i pełno białych kości. (...) To wszystko, co było w tej izbie. Ale i tego było dosyć, by zdwoić strach w przybyłych”.
PW
Może, zamiast proponowanych od dawna – pomnika Baby – Jagi i Muzeum Czarownic, właśnie tego typu rozwiązanie – dopasowane do mrocznej przyrodniczej aury Łysicy – byłoby pomysłem trafniejszym... Zresztą łysogórskie czarownice, diabły i insze piekielniki stały się inspiracją dla różnego rodzaju twórców, a m.in. ludowych artystów rzeźbiarzy, jak np.: Wojciech Grzędowski – wykonawca m.in. rzeźby pt. „Jak baba z diabłem się prowadzała”; Zdzisław Purchała – autor m.in. rzeźb „Diabelski skrzypek” i „Czarownica”; czy Andrzej Kozłowski, strugający z upodobaniem swoje „Diabelce” i „Diabolice”. Natomiast znany kielecki konstruktor modeli latających, wielokrotny mistrz świata w modelarstwie – Władysław Herbuś, wykonał „Latający żart, czyli czarownicę”, zaś popularny powieściopisarz – związany z Kielecczyzną – Longin Jan Okoń (twórca znakomitych powieści o tematyce indiańskiej) – w opowiadaniu „Klęska Boruty”, zawartym w książce swojego autorstwa pt. „Opowieści niedźwiedziego grodu”, która powstała w oparciu o ludowe legendy – opowiada historię Tiny – pięknej córki cygańskiego króla Werana (koczującego ze swym ludem w świętokrzyskich kniejach), porwanej przez diabła Borutę za namową łysogórskiej czarownicy Jaromy.
PK
Wątpliwe jest natomiast, aby Joanne Kathleen Rowling była kiedykolwiek na szczycie Łysicy i aby zainspirowało ją to do napisania cyklu powieści o czarodzieju Harrym Potterze (krytykowanych przez najsłynniejszych egzorcystów świata). Można jeszcze dodać, że w marcu 2000 r. w Kielcach i na terenie Łysogór odbył się Sabat Krystyn – Wielki Zjazd Krystyn z całej Polski, odpowiednio „czarująco” przebranych, pod hasłem „Wróżki, czarownice, czarodziejki”, z udziałem m. in. Krystyny Bochenek, Krystyny Jandy czy Krystyny Czubówny.
PK
Może należałoby jeszcze wspomnieć ludowego rzeźbiarza – Jana Bernasiewicza – wyjątkowego artystę, który w rodzinnej wsi Jaworznia - Gniewce stworzył "Muzeum Jana Bernasiewicza", nazywane także "Ogrodem Rzeźb" i "Muzeum Polskości"... W kontekście naszej opowieści o diabelstwach i czarodziejstwach, ważne jest upodobanie owego twórcy do tej mrocznej dziedziny właśnie;)
Oprócz tego, że Bernasiewicz używał w swej pracy twórczej, oprócz dobranych kawałków drewna, także innych tworzyw, to jeszcze opisywał wnikliwie i "po swojemu" te unikatowe dzieła (ale to temat na zupełnie odrębną opowieść...). Dziś jego prace możecie oglądać w skansenie – Muzeum Wsi Kieleckiej – w Tokarni koło Chęcin. A warto.