Czarownice – Wiedźmy – Baby – Jagi, czyli mroczna i tajemna legenda Łysogór na czynniki pierwsze rozebrana…

Jest 15. dzień listopada A.D. 2017… Wczesne popołudnie… Niskie chmury, czesane przez wierchy jodeł i buków, przesuwają się niespiesznie ku wschodowi… Przenikliwie zimna wilgoć jest wszechobecna… Młodzież, niewiele zwracając uwagę na okoliczności przyrodniczo – meteorologiczne, rozerwanymi grupkami (zresztą jak zwykle), pędzi lub spacerkiem zdąża ku szczytowi najwyższego wzniesienia Gór Świętokrzyskich – Łysicy (612 m n.p.m.)… Wraz z nimi maszeruje dziarsko troszkę starsza młodzież;) – panie nauczycielki (opiekunki wesołej uczniowskiej –licealnej czeredy z Mińska Mazowieckiego) i oczywiście ja – prowadzący ich „głaźną drogą” – przez tego dnia wyjątkowo mroczny krajobraz – na szczyt „Czarodziejskiej Góry”

Droga na Łysicę

Szczyt już tuż tuż... awangarda wycieczki pewnie już tam jest... zniknęli w chmurze...

Docieramy do rumowia gołoborzy – świadka dawnej potęgi Gór Świętokrzyskich – Sandomierskich – Środkowopolskich… Siadamy na wilgotnych głazach i pniach na szczycie… Opowieść, sięgająca milionów lat wstecz, płynie pomiędzy skały i leśne drzewa… Opowieść sięga też do innych – nie do końca umieszczonych w czasie – legendarnych historii… Przypominam sobie kątem wolnej przestrzeni umysłu, zajętego przetwarzaniem danych na potrzeby łysickiej opowieści, pewien dzień listopadowy, podobny do dzisiejszego, kiedy to przebojem – będąc w Świętej Katarzynie przypadkiem, wiedziony jakimś dziwnym nakazem duszy romantyka – wdarłem się na ten szczyt i we mgle chmury usiadłem na jednym z głazów morza głazów…

Na szczycie Łysicy

No i jesteśmy na szczycie Łysicy... a tu "cisza żałobnica"... Ważne, że jesteśmy w komplecie - wszystkie głowy policzone - nikt nie przepadł we mgle... ;) Chroni nas tu Krzyż... Zatem czas na łysicką opowieść...

Siedząc na koronie gołoborzy w partii szczytowej Łysicy i patrząc na to, otoczone ciemnym borem, groźne, kamienne pustkowie, przypominające jakoweś ponure cmentarzysko, oraz wsłuchując się (przy braku gwaru wycieczkowiczów) w ową „ciszę żałobnicę”, łatwiej zrozumieć motywy twórców legend i podań, ukazujących to miejsce, jako arenę wydarzeń i zjawisk nadprzyrodzonych, owianych mroczną tajemnicą, jak np. te, mówiące o mających odbywać się na tym ponurym "głazowiszczu" sabatach czarownic i inszych piekielników. Jednak zanim zajmiemy się onymi wiedźmami i ich czarcimi towarzyszami broni w walce z Dobrem, przypomnijmy za ks. W. Siarkowskim i O. Kolbergiem legendę o walecznej Sobótce, dotyczącą najprawdopodobniej Łysicy. Dziewczyna o imieniu Sobótka „mieszkała w Górach Sandomierskich”, „wśród ogromnych skał lasami jodłowemi pokrytych, nieraz (...) wybiegała na najwyższy szczyt skalny i (...) z oczyma wytężonemi w przestrzeń daleką stała i patrzyła długo. Oczekiwała ona powrotu swego narzeczonego, rycerza Sieciecha”. Wytęskniony narzeczony powraca, jednak podczas walki z „tłuszczą najemników” ginie niezłomna Sobótka. Od tamtej pory „na uczczenie pamięci młodej dziewicy, co roku palono ognie, które z czasem przybrały nazwę Sobótek”.

Sobótki - święto Kupały

Krew nie woda... Wino jak krew... Krew jak ogień... Hej Kupało, Kupało...;)

Chodzi oczywiście o pogańskie wiankowo – ogniste święto Kupały (noc Kupały), poświęcone bogini miłości i leczniczych roślin, zwane też Sobótkami, a po przyjęciu chrześcijaństwa – nocą świętojańską, przypadające na 23/24 czerwca. Nocy tej na ziemiach polskich, jeszcze długo po przyjęciu chrztu, świętowano na pogańską modłę – puszczano wianki na wodę, upajano się miodem oraz halucynogenami, tańczono przy ogniskach oraz dość bezobcesowo – w gonitwach po rosie – szukano tzw. drugiej połowy, a upojna noc często przeradzała się w orgię. Szukano również po lasach kwiatu paproci, który znalazcy miał przynieść wielkie szczęście, a wg prastarych wierzeń kwitł tylko raz w roku – właśnie owej magicznej nocy... To właśnie tej nocy, wg starych podań, na łysickich gołoborzach zbierać się miały na swym głównym zlocie wiedźmy, przybywające tu z bliskich, a także bardzo odległych stron...

Gołoborze na Łysicy

Łysickie gołoborze - dawne morze... wypiętrzone tysiące metrów w górę - nieodgadnioną ludzkim umysłem - potężną megalitów mocą, a następnie skruszone i rozrzucone w głębinę zboczy - szczątków dawnej potęgi górskiej... Miejsce magiczne... nie tylko ja czuję tu dreszcze;)

Relacje O. Kolberga oraz ks. Siarkowskiego ukazują nam „świat nadzmysłowy” tutejszego „ludu polskiego”, wierzącego od stuleci w rzucanie uroków, zadawanie czarów i chorób, w obcowanie codzienne z istotami nadprzyrodzonymi, w wieczną obecność magii... Na to niezwykle silne tutaj zjawisko zwrócił uwagę, podróżujący po terenie Łysogór w poł. XIX w., autor „Wielkiej gry z jeografii Królestwa Polskiego...” – Wojciech Szymański, który w dziele swym napisał: „Każdej z tych gór towarzyszy odwieczne podanie, mające za wątek pamięć zdarzeń miejscowych i dziwaczne powieści o widmach, zmorach, o przebywaniu czarownic i złych duchów. (...) Takowe gusła i zabobony, krążąc po całej Polsce, zabytkiem są pogańskich przodków naszych”. Natomiast J. Gajzler o Puszczy Jodłowej, pisał m.in. tak: „...straszna idącym z gór wieczorem – / mroczy się wokół puszcza dzika...”. A gdy już puszczę ogarnie mrok, „gdy Poświst bór rozkołysze, wylatują stamtąd ogoniaste stwory z wiedźmami po parze i lecą na zwaliska kamieni na Łysicy, gdzie ucztę odprawują. Gdy miesiąc świeci, w puszczy cisza panuje” – pisał S. Orzeł na kartach „Zbója świętokrzyskiego”, gdzie czytamy również słowa takie: „Człowiek w puszczy nie był wolny od zasadzek, napadów, nagłych niebezpieczeństw. Czyhały nań złe borowce [od „boru”, nie mylić z dawnymi funkcjonariuszami BOR;)], biesy, upiory, czarownice na gołoborzach, wilkołaki w trzęsawiskach, jędze i zmory wysysające krew, południce i topielice”.

Sabat piekielników na Łysicy

A oto i owa szatańska kompanija, biesiadująca siarczyście - przy blasku miesiąca i dzikim dźwięku diabelskich skrzypiec - na zboczu Łysicy, bądź Łysej Góry...

Sejmiki czarownic, zwane sabatami, miały odbywać się na gołoborzach na Łysicy i Łysej Górze... być może chodzi o jedną z tych gór, ale dziś – bo przecież to legenda – trudno powiedzieć. Może – nawet to wielce prawdopodobne – owe wiedźmy, czarty i inne piekielne bestie używały gołoborza na Łysicy, jako plenerowej izby sejmowej, zaś tego na Łysej Górze – jako senackiej, a głazy kwarcytowe służyły im za „fotele”. „Przylatują tu czarownice z całej Rzeczypospolitej. Na miotłach, ożogach, łopatach, co lepsze to i na szabli, i w poszóstnej karecie, co gorsze to i na psie, i na nietoperzu... Na ich zaklęcie gadają posągi, one sprowadzają burzę, grad, pioruny, deszcze, suszę... Chodzą nagie na świętego Jerzego, na Zielone Świątki, w sobótkową noc rosę poranną z łąk w Dolinie Wilkowskiej zbierając. A diabła to mają w pierścionku. Albo w starym trzewiku...” – pisze B. Wachowicz, zaś J. Fijałkowski, tak oto o czarownicach baje: „W noc świętojańską opijają się wywarem z ziół i muskaryny, halucynogennego środka z czerwonych muchomorów. Rozbierają się, by dusza łatwiej mogła oddzielić się od ciała i zapadają w letarg. Serce przestaje im bić, ustaje tętno. Przedawkowanie wywaru grozi śmiercią. Wierzono ponadto, że przeniesienie nieprzytomnej w inne miejsce może sprawić, że dusza nie trafi do ciała”. Natomiast w wierszu Marii Cedro – Biskupowej z Wilkowa, czytamy: „Dawni o Łysicy tako wieść krązeła,/ Ze tu carownica na mietle jeździeła./ Boli sie jej wsyscy, bo ta carownica/ Zarobiała masło przy świetle księzyca,/ A w noc świętojansko strzygła wzrokiem kocim,/ By tu chto nie zerwoł znów kwiatu paproci./ Odwiedzoł ją tutaj stary diabeł kusy,/ Ni móg sie docekać carownicy dusy./ Teroz carownica pewnie gdzieś uciekła,/ Nie wiem, cy kaj dali, cy z kusym do piekła./ Nie wiem takze tego, kiedy una zeła,/ Lec o pieknym miejscu i legenda mieła”.

Trzy czarownice

Rysunek Hansa Balduna Griena - "Życzenia noworoczne z trzema czarownicami" - 2. poł. XIX w. (Polona) - piekielne igrce;) bez żadnych hamulców natury obyczajowej... na takie ceregiele w przedsionku piekła nie ma miejsca;)

Czy „mieła”, to rzecz gustu, ale oddajmy teraz głos S. Żeromskiemu z sąsiednich Ciekot, który, powołując się na konkretne źródła, w „Snobizmie i postępie”, pisze: „Ks. W. Siarkowski oświadcza w swej pracy o czarach i gusłach, o zażegnaniach i modlitwach, iż strony kieleckie, zwłaszcza w okolicach gór świętokrzyskich uważać można za główną dziedzinę guseł i zabobonów, wiernie po dziś dzień z czasów pogańskich przechowywanych”. A Łysica stanowiła koronę tejże mrocznej „dziedziny”: „Diabeł sadłem kaszę krasi,/ sowa w dzieży żur pitrasi./ Hej, siostrzyce czarownice,/ dalej, żwawo na Łysicę./ Na pomiotła, na ożogi,/ niech ludziska pomrą z trwogi./ Na łopacie wiedźma gna.../ Hop sa sa, hop sa sa.../ Na wyścigi pędzą strzygi,/ mkną przez krzaki wilkołaki,/ bladolice topielice,/ suną chyłkiem na Łysicę./ Hop sa sa, hop sa sa./ Na łopacie wiedźma gna./ Piszczą w trawie małe skrzaty,/ trzeszczą wiłom zeschłe gnaty,/ Stary puchacz na gałęzi/ Ni to śpiewa, ni to rzęzi./ Lecą goście na Łysicę,/ wilczych ślepiów płoną świce./ A krasięta, niebożęta/ zamiatają bór na święta./ Hej, siostrzyce czarownice,/ dalej, żwawo na Łysicę...”. A na Łysicy, ponoć, wiedźmy, pod przewodnictwem samego Lucyfera i swojej szefowej, z czartami – oraz innymi szemranymi postaciami mrocznego, piekielnego leśno – górskiego światka – ucztowały na całego i bez żadnych hamulców natury moralno – obyczajowej, aż do zwiastującego ranek piania koguta. Żeromski, w „Puszczy jodłowej”, zarysował ten problem następująco: „Lecz stare bóstwa domowe, leśne i polne nie pomarły. Strzygi i zmory, kostusie i morzyska siedzą u progów, w węgłach i na poddaszach. Zły hasa drogami, czatuje na krzyżowych i wałęsa się wokoło domostw. Mór w złe czasy wlecze się kolejami dróg, choć mu je zagradzają osinowe krzyże. Wiara nie do wytrzebienia, głucha, ciemnonocna, leśna, swoja, skrycie ciągnie się wsiami, kolenijami, co teraz wdarły się aż pod szczyt Radostowej i na samą przełęcz Kamienia, co rozsiadły się, jak Klonów lub Psary, na wyrąbanych polanach boru. Grasują wciąż jeszcze czarownice, cioty i widmy, latają na szczyt Łysicy po tajemnicze zioła, rzucają urok i sprowadzają nieszczęście. Odczyniają wszelakie choroby i uroki nieomylni, rodowici wróże, lecząc starymi sposoby – zamawianiem według formuł dawnych, niezrozumiałych, na podstawie splotów włosów, kawałków odzieży z wisielca, widełek nietoperza, mchu z krzyża na rozstajnej drodze, wody wrzącej, węgli lub chleba”.

Wiedźmy na gołoborzach

Widokówka „Graftur” © z 2007 r. - Góry Świętokrzyskie - gołoborze na Łysicy - z „wyświetleniem” w rogu „warsztatu” wiedźmy łysogórskiej, z którą się jeszcze spotkamy - dokładnie z tą samą "piekielnicą" ;)

Musimy zadać sobie wreszcie pytanie: kim były czarownice, czym właściwie się zajmowały, skąd się wzięły? Czy były to – jak twierdzą niektórzy – krwiożercze wampy, polujące na ludzkie mięso i krew, zadające uroki oraz choroby i utrudniające czarami życie swoim sąsiadom, czy też może były to – jak chcą inni – dobrotliwe staruszki – zielarki i znachorki, pomagające ludziom? A może były i jednym i drugim? Być może należy je postrzegać, jako ówczesne kobiety niezależne, wyzwolone, a te, które parały się magią i lecznictwem – jako takie businesswoman wieków minionych, jako kobiety na swój sposób wykształcone – nauczycielem ich była zapewne starsza baba zielacha, a uniwersytetem – przyroda... przyroda Puszczy Jodłowej... a może i sam czart do ich edukacji ogon i kopyto przyłożył? Jako kobiety niezależne, dysponujące sporą wiedzą i umiejętnościami („wiedźma” – oznacza przecie „wiedząca”), zwłaszcza magicznymi, były pewnie postrzegane przez ówczesnych mężczyzn, jako zagrożenie, mogące prowadzić do zachwiania odwiecznych zasad damsko – męskich, takich jak patriarchat. Czy zatem należy widzieć je, jako ówczesne „feministki”? Adolf Hitler (który także korzystał z usług wróżbitów i interesował się magią) stwierdził: „...bardzo inteligentni ludzie powinni się wiązać z kobietami głupimi i prymitywnymi. Pomyśleć, że miałbym taką żonę, która mieszałaby się do mojej pracy. Chcę mieć spokój w wolnym czasie”. No cóż... przegięcie w żadną stronę raczej dobre nie jest... Jakie były zatem czarownice... Były... a może nadal są... istnieją pośród nas?

Rękopis koptyjski

Rękopis koptyjski - modlitwy przeciwko demonom i chorobom żółtaczki, i złemu oku, chroniące przed krwawieniem, klęskami żywiołowymi, przeciwko epilepsji i czarownikom (Polona)

Jak twierdzą badacze problemu, w mitologicznej postaci czarownicy wymieszało się wiele elementów, m.in.: euroazjatyckiego szamanizmu, wątki podań o germańskich bóstwach opiekuńczych, celtyckich mitów o matronach, grecko – rzymskich o Dianie – bogini łowów, a także starogermańskich mitów o walkiriach, które niosły poległych w walce wojowników do Walhalli – krainy zmarłych. Jedną z najbardziej znanych i opiewanych w legendach umiejętności czarownicy jest sztuka latania. Co ciekawe (a o czym też było nadmienione wyżej), wiedźmy nie używały do tego celu jedynie mioteł, a najstarsze ich wizerunki przedstawiają je lecące na grzbietach różnego rodzaju dzikich zwierząt, a następnie na przeróżnych rodzajach ówczesnego sprzętu „AGD” – żerdziach, ożogach, łopatach, garnkach i wreszcie – najbardziej znanym ich środku transportu powietrznego – miotłach, które miały szczególną moc magiczną i nasuwały też skojarzenia seksualne. Zaklęcie uruchamiające miotły czarownic łysogórskich, miało ponoć brzmieć następująco: „Płot – nie płot,/ las – nie las,/ wieś – nie wieś,/ biesie, nieś!”. Podobno przed lotem na miotle czarownice dodatkowo nacierały się pod pachami specjalną pomadą, sporządzoną – wg pilnie strzeżonej od wieków receptury – ze żmij, jaszczurek, ptasich piór i żabiego skrzeku. Wylatywały najczęściej przez komin lub wzbijały się w powietrze na rozstajnych drogach.

W utworze J. Ozgi – Michalskiego (literata doby PRL z pobliskich Bielin) „Carownica” jedna z okolicznych mieszkanek, tak m.in. wspominała zetknięcie z latającą czarownicą (dodajmy – swoją sąsiadką): „Ide bez samo gołoborze, a tu mi nad głowom ptok jakisi strasecny przelecioł. Porziałam do góry, hale juz spadło toto w krzoki. Zalekłam sie, aze mi dech zaparło. Usłam moze trzy kroki, znowu mi cosi furkneło nad głowom. Przeleciało mi ino wele boku i zaśmiało sie tak śkaradnie, azem ścierpła. Ocy mi słupem staneły, alem dor – ziała, ze to kusy beł, bo kita z tełu wisiała mu długo. (...) Halem odmówieła »Pod Twojom obrone« i właze do góry. Tyle com staneła na cubku, a tu furt mi cosi wele nosa. Zaśmioło sie tak diabelnie, ez sie we mnie krew skrzepła i zwidnieło sie wszystko w mroku. Moze zrobiełam dwa kroki, az tu widze pod jedlom Mazurke do wpół rozebrano. (...) Ale to wom powim, ze siarkom tak beło cuć od ni, okez mie głowa nie rozbolała późni. – A smołom cuć beło? – A ino! Cułam i smołe...”.

Wiedźma z Gór Świętokrzyskich

A oto i obraz standardowy - wraz z podstawowym wyposażeniem bojowo - transportowym - Baby - Jagi z Gór Świętokrzyskich - konkretnie wiedźmy łysogórskiej... A w krąg - już na oko - roznosi się woń siarki i smoły piekielnej;)

Jeśli zaś chodzi o magiczne umiejętności znachorsko – zielarskie czarownic, to ma co nieco i na ten temat do powiedzenia J. Fijałkowski: „Stosowano zioła nieznane dziś botanikom: czartopłoch, czartownik, czartowskie łajno, czartowskie żebro. Nasiężał był poszukiwany przez panny, bo przyciągał do nich chłopców. Należało pić wywar z niego, lub zaszyć odrobinę suchą w ubraniu, które się nosi. Rwać o północy w księżycowy czwartek. Podejść tyłem dla zmylenia szatana i wymawiać wierszowane zaklęcie: »Nasiężale rwę cię śmiale, pięcią palcy, szóstą dłonią niech się chłopcy za mną gonią«. Po zerwaniu szybko uciekać. Podobne działanie ma lubczyk, którego wywar ma być dodany do napoju pitego przez chłopca. Kandydata na męża przyciągało się kostką ze skrzydła nietoperza ogryzionego przez mrówki”. Ziołami, z dodatkiem różnych paskudności, leczono też rozmaite choroby i przypadłości ludzi oraz zwierząt. Ludowa poetka – Marianna Kłosowska swój wiersz „Zielarka” kończy tak: „...Zielarką jestem i czarownicą,/ znam różne zaklęcia i moce,/ lecz biada temu łatwowiernemu,/ co się w me sieci zaplącze!”.

czarownik przy zielarskiej robocie

Czarownik - monsieur Oufle - przy zielarsko - czarnoksięskiej robocie, do której sam czart go popycha i szepcze do ucha tajemne zaklęcia;) - grafika francuska z 1710 r. (Polona)

I tu, nieznacznie, ujawnia się, jakby odsłania, to drugie – szatańskie, mroczne – oblicze czarownicy... Ponoć w oczach każdej wiedźmy, zamiast własnego odbicia, widoczne były dwa koziołki (symbol szatana), a można je było dostrzec, patrząc tylko z bardzo bliskiej odległości. Dlatego wiedźmy nigdy nie patrzyły ludziom w oczy. A oczy czarownicy potrafiły rzucać najcięższe uroki na ludzi i zwierzęta. Ludziska po wsiach drżeli więc o swoje zdrowie i życie, ale także, aby ich krowom mleko nie zostało odebrane lub się nie popsuło, lękając się, że im „zaruchno krowa sparsywieje” lub inna „gadzina pokarana będzie”. Czarownice miały także przybierać postać nietoperza lub wielkiej ropuchy (bowiem ponoć takie umiejętności też posiadały) i siadać na krowich wymionach, celem odebrania mleka. Ozga – Michalski opisuje w „Carownicy” przypadek, gdy chłopi zabijają taką – „wielgo jak chodok” – ropuchę: „ – No to my jo psia juche zabieli. Nie bedzie ju po Łysicy z kusym ciekać. A Jagata ośmioła sie ino. Kusy na wszystko rade nońdzie. A za to, zeście jego kochanice zabieli, to takiego wom śpasa zrobi, ze popamientocie ruski miesioc”.

Znacznie lepszym zatem zabezpieczeniem bydła przed czarami wiedźm, wydawały się magiczne zabiegi ochronne. Na te pogańskie obyczaje pomstował jeszcze w poł. XVII w. słynny kaznodzieja – moralizator, tworzący po polsku i łacinie – ks. Adam Gdacjusz (1610 – 1688): „…od każdej potrawy bydłu jeść dają, a kiedy ich spytasz: czemu to czynią, tedyć odpowiedzą, że temu bydłu, które takowe potrawy, w wigiliją warzone, jada, czarownice i guślarki zaszkodzić nie mają”. Podobne właściwości miały mieć gałązki poświęconej wielkanocnej palmy, umieszczane w oborze, aby „broniły krów przed czarownicami, co mleko odbierają”. Czarownicami mogły być także kobiety młode, nieraz zamężne, a nawet zdarzało się, że były nimi ponoć gospodynie księży, jednakże najczęściej przedstawia się je jako stare, samotne i brzydkie Baby – Jagi (choć przecie przy pomocy czarów postać pięknej niewiasty przybierać niechybnie mogły).

Czarownice na rycinie z 1719 r.

"Zobrazowanie domniemanego czarnoksięstwa" - Magdeburg 1719 r. (Polona)... Mamy tu przeto zobrazowane czarnoksięstwo co się patrzy;) Latać można na widłach i miotłach, w kociołku dymi mocno wywar diabelski - ku jakiemuś celowi bezbożnemu czyniony siarczyście... a wąż piekielny kusi kolejną adeptkę mrocznej sztuki;)

Przyjrzyjmy się kilku sylwetkom wiedźm, naszkicowanym przez różnych ludzi, w różnych okresach dziejów. Może na początek Walery Przyborowski (rodem z podkieleckich Domaszowic), który w powieści „Król Krak i królewna Wanda” opisuje „babę Jagnę, mieszkającą w puszczy pod Łysą Górą, o dwa dni drogi od Krakowa”, która „potrafi zmarłych wskrzeszać, starych odmładzać, po powietrzu latać, przemieniać się w ptaka, rybę, kota, w co jej się podoba. Wielka to ma być czarownica”. A teraz przypatrzmy się jej z bliska: „Sama baba kaszlała okropnie. Ubrana była w długą skórę z wilka, włosem do góry, miała na głowie, na siwych ogromnych włosach, czerwoną kraciastą chustkę, zawiązaną w kształcie turbana. Twarz jej była nadzwyczaj stara, zgrzybiała, pomarszczona i nos haczykowaty, usta wąskie i zwiędłe. Jedyne, ale za to silne, życie gorzało z czarnych, przenikliwych, o ostrym i surowym wyrazie oczach. Na brodzie rosło jej kilka długich siwych włosów, szpecąc jeszcze bardziej już i tak szpetną twarz”. Oczywiście czarownicy tej towarzyszyły nieodłączne atrybuty, w postaci łopaty, ożoga, bulgoczących garnków z niewiadomą zawartością, czaszek, wiązek różnych ziół itp., a także czarnego kota i kruka... czyli mamy obraz wiedźmy standardowy.

Góry Świetokrzyskie - czarownica i czart

Oto i obraz wiedźmy standardowy - z kusym zza pnia dębu wyglądającym (taki upadły anioł stróż Baby - Jagny;) i z kompanem serdecznym - zbójem świętokrzyskim - przy kufelku i dzbanie małego co nieco ;) A broń i sprzęt bratersko w tle skrzyżowany;) Szsztooo były czasy;)

„Bo widzicie – ta je tak: wiedźma to sie urodzi w zło godzine i zeby nie wim co, to ju zły duch w nio wstopi. Bedzie całe życie psocić i na despek robić. (...) Tu juz som cart upatrzy se babe galanto, coby mu sie podobała, przyndzie w nocy i wywoło do siebie...”, aby... „kóminem na mietle pu Łysicy gnała...”. To oczywiście był cytat z Ozgi – Michalskiego, a teraz poznajmy definicję ks. W. Siarkowskiego: „Czarownice dzielą się na dwa rodzaje, jedne, które od samego dyabła wyuczyły się czarów; drugie zaś od czarownic, mistrzyń w swojem rzemiośle. Ma się rozumieć, że w zebraniach czarownic uczennica czartowska, a zwłaszcza taka, co szereg lat spędziła na wyprawianiu gracko ludziom psikusów, ma większe poważanie i znaczenie, niż inne jej koleżanki. Jej to przed innemi przynależy się pierwszeństwo na bankietach, czyli godach dyabelskich, odprawianych na każdym nowiu księżyca w ogrodzie zaczarowanym na szczycie Łysicy. Do niej też z odległych stron gromadzą się inne adeptki, by otrzymać zioła, które li tylko na grzbiecie gór świętokrzyskich rosną. Czarownice od Łysicy pochodzące mają ogromną wziętość u współtowarzyszek, rozproszonych po różnych zakątkach kraju, bo one są w ustawicznym sojuszu i z dyabłem. Im to wyłącznie służy przydomek – ciota, bo inne nazywają się widmy, widźmy. Każda ciota może przelać swoją moc na inną nowicyuszkę, ale nie wcześniej, jak na śmiertelnem łożu; dzieje się to w ten czas, kiedy umierająca poda nowej kandydatce swój średni palec do pociągnięcia...”. A teraz czas na kolejne rewelacje Jerzego Fijałkowskiego: „Przed wojną opowiadano, że czarownice mają moc, dopóki nie prześpią się z mężczyzną. Mieszkają na uboczu wsi, bo nie chcą, by ktoś je podpatrywał. [...] Czarownice potrafiły doić mleko z dzwonu kościelnego i z powrozu”.

Czarownica Gór Świętokrzyskich z czartem

Tak i oto "ciota", "widźma" - czarownica - baba - jaga - symbol żywotny Gór Świętokrzyskich... która "od samego dyabła wyuczyła się czarów" i jest "w ustawicznym sojuszu i z dyabłem"... spędza wakacje na Pojezierzu Świętokrzyskim - w odpowiednim oczywiście kamuflażu ;) - właśnie ze swym piekielnym oblubieńcem... oczywiście tęskniąc za mrocznym urokiem Łysicy;)

Jak już się zapewne domyśliliśmy, czarownice były traktowane jako V kolumna szatana... Cofnijmy się teraz do przekazów nieco wcześniejszych, niż wyżej przytaczane, a dotyczące naszego tematu, czyli zgłębienia istoty – czarnego, szatańskiego jestestwa czarownicy. „Wiele osób płci obojga, nie bacząc na własne zbawienie i odchodząc od wiary katolickiej, zadaje się z diabłami, inkubami i sukkubami [demonami męskiego i żeńskiego rodzaju] i poprzez swoje czary, zaklęcia, gusła i inne przeklęte zabobony, obmierzłe praktyki i zbrodnie niszczy potomstwo kobiet i nowo narodzone zwierzęta, wykorzenia plon, jaki wydaje rola, strąca winne grona z winorośli i owoce z drzew; mało tego, zabija mężczyzn i kobiety, zwierzęta juczne pospołu ze stworzeniami innego rodzaju, niszcząc również winnice, sady, łąki, pastwiska, łany pszenicy i innych zbóż i wszelkie inne uprawy”bulla papieża Innocentego VIII „Summis desiderantes effectibus” z roku 1484.

Czarownik w wilkołaka przemieniony

Czarownik na nowiu księżyca w wilkołaka przemieniony - czyli naszego znajomego - monsieur Oufle - przypadki kolejne sterowane przez czarta... grafika francuska z 1710 r. (Polona)

Zatem czarownice mogły być obwinione prawie o wszystko, a rozwinięciem tej papieskiej doktryny stał się znany traktat z 1486 r. „Maleus Maleficarum”, czyli „Młot na czarownice”, przetłumaczony na wiele europejskich języków narodowych, m.in. na polski, napisany przez Heinricha Krämera (znanego też jako Institoris) i Jacoba Sprengera, wg których czarownice mogły m.in., „gdy im się podobało, trzecią część zboża albo siana, bądź też czegokolwiek inszego, z sąsiedniej roli, gdy żaden nie widział, na swoją własną rolę przenieść; grady srogie i pioruny z błyskiem nadzwyczajne sprawować; przed oczyma rodziców dziatki małe, przy wodzie biegające, w wodę wtrącać, jakby nikt nie spostrzegł; niepłodność w ludziach i bydle czynić; rzeczy tajemne inszym objawiać; w majętności i zdrowiu sposobami jakimikolwiek szkodzić; piorunem podczas burzy, kogo im się podobało, zabić i inszych wiele szkodliwych rzeczy czynić, gdy im tego Pan Bóg dopuszczał”.

Zobrazowanie domniemanego czarnoksięstwa - XVIII w.

"Zobrazowanie domniemanego czarnoksięstwa" -  Magdeburg 1719 r. (Polona)

Na efekty nie trzeba było długo czekać – coraz częściej w chrześcijańskiej Europie zaczęły jaśnieć stosy i słychać było przeraźliwy krzyk palonych żywcem kobiet i mężczyzn – czarownic i czarowników – zgodnie z wiarą w oczyszczającą moc ognia... W XVI w., gdy Europa Zachodnia gorzała już mocno od stosów (a zwłaszcza ziemie będące pod panowaniem niemieckim – dla przykładu – w mieście Kwedlinburg, zamieszkałym przez niewiele ponad 10 tys. ludzi, w 1599 r., jednego tylko dnia, spalono jednorazowo 133 czarownice, co uznawane jest za niechlubny rekord w całej historii polowań na czarownice w ogóle), na ziemiach Rzeczypospolitej, będącej wówczas mocarstwem światowym, także dzięki swej wielokulturowości i wielowyznaniowości (prowadzącym politykę podobną do tej rodem z USA), słynącym z wielkiej tolerancji, zjawisko to występowało niezwykle rzadko. Jako jeden z pierwszych odnotowanych wyroków śmierci na czarownicę, historycy podają ten, wydany w 1511 r. w Waliszewie k. Poznania – na kobietę, którą oskarżono o spowodowanie niepowodzeń finansowych okolicznych producentów piwa, i spalono na stosie. Dopiero lata wojen i epidemii XVII w., pociągające za sobą stopniowy upadek Rzeczypospolitej, a szczególnie wejście w XVIII stulecie i czasy saskie, prowadzące do upadku kraju pod każdym względem, również moralnym, doprowadziły do sporego nasilenia łowów na czarownice. Ofiarami padały zazwyczaj kobiety ubogie – wędrowne żebraczki, prostytutki lub mieszkające na uboczu wsi zielarki. Na stos trafiały również osoby chore psychicznie, uważane za opętane przez diabła. Ile spłonęło prawdziwych czarownic, tego nie wiemy...

Edwrad Kelley - czarnoksiężnik

Kraushar, Aleksander 1843 - 1931 - "Czary na dworze Batorego kartka z dziejów mistycyzmu w XVI. wieku, jako przyczynek do charakterystyki króla Stefana" - rys. M. E. Andriolli (Polona)

W Polsce popularnym sposobem sprawdzania wiarygodności zarzutów o czary była tzw. „próba wody” (czyli pławienia), polegająca na wrzuceniu związanej osoby do wody – jeśli nie zanurzyła się natychmiast, był to koronny dowód na współpracę z szatanem. Zeznania zaś były wymuszane za pomocą tortur – zakuwano nieszczęśnicę w dyby lub wsadzano do drewnianej beczki, a następnie „badano” – łamano kołem, przypalano ciało, miażdżono kończyny (np. przy pomocy tzw. hiszpańskiego buta – żelaznej prasy zaopatrzonej w kolce). Torturowane kobiety najczęściej przyznawały się do winy, wydając także swoich „współpracowników” w diabelskiej konspiracyjnej robocie. Przyznanie się prowadziło najczęściej na stos. Do oskarżenia wystarczające były również cechy, uważane wówczas powszechnie za dowód niezbity współpracy z diabłem – panowało przekonanie, że pozostający w mocy czarta „nie chcieli jeść koźlęciny przez 30 dni, zgrzytali zębami jak psy wściekłe, a od niektórych wychodził zimny wiatr”, poza tym „takiemu, to i głowa dziwnie ciąży” lub „brzuch się zdyma jako bęben” itp.

Opis procesów o czary z XVII w.

"Dwa procesy o czary z 1684 r." - Wawrzeniecki Marian (Polona)

Omnibus wszechrzeczy XVIII stulecia – ks. Joachim Benedykt Chmielowski – w swoim dziele pt.„Nowe Ateny albo Akademija wszelkiej scjencyi pełna”, wydanym we Lwowie w latach 1745 – 1746 – także i na ten temat zawarł niemało rewelacji: „Mogą czarownice pobudzić burze, łyskawice, pioruny, grady, deszcze wielkie na zbóż wybicie, drzew urodzajnych obicie. Mogą wody zarażać, bydło stada, trzody zgubić, wybić mocą szatana. Sadełkiem dzieci niemowląt pobitych nasmarowawszy się, przybywają na Góry Wenery. [...] Czart gdy w człeka wstępuje, ma do niego ingres przez usta, przez odbyt i temiż wychodzi miejscami”. Ostatni na terenie Rzeczypospolitej wielki proces czarownic odbył się w Doruchowie w 1775 r., a formalne wygaszenie stosów przyniósł w Polsce rok 1776, kiedy to sejm zniósł tortury oraz zabronił karać śmiercią za domniemaną współpracę z szatanem. Mimo to, samosądy na wiedźmach zdarzały się jeszcze do końca XVIII stulecia.

Nowe Ateny ks. B. Chmielowskiego

A oto i karta tytułowa wiekopomnego dzieła ks. Benedykta Chmielowskiego (Polona), które... w świadomości zbiorowej Polaków... może nie tak z opowieści o czartach i czarownicach zasłynęło... jak ze słynnej definicji wierzchowca: "Koń, jaki jest, każdy widzi" ;)

Na ziemi świętokrzyskiej – sandomierskiej w XVII – XVIII w. o czary oficjalnie oskarżono co najmniej 100 kobiet, z czego ok. 17 spłonęło na stosie. Historycy za pierwsze znane oskarżenie czarownicy uznają to, które miało miejsce na pocz. XVII wieku. W 1605 r. przed sądem wójtowskim w Kielcach postawiono burmistrza Macieja Lacha, obwiniając go o to, że wypuścił z lochu niejaką Heliasową, która oskarżona była o „noszenie ziemi z cmentarza, krwi trupiej, trzask z drzewa rozbitego od pioruna”, a przez uwolnienie jej mogło „dojść do wielkiego nieszczęścia i upadku”. Jednak niektórzy badacze dziejów wskazują na datę 1760 – jako na rok, w którym na tym terenie spalono pierwszą osobę na stosie. Na obszarze Gór Świętokrzyskich także wiedźmy torturowano i poddawano „próbie wody”, zaś jedna z pławionych, po wyniku „pozytywnym” testu na współpracę z diabłem, zeznała: „Dlategom po wierzchu pływała, bom wczora nic nie jadła”.

Płonące stosy

Rysunek z cyklu kopii polichromii Karola Dankwarta w bazylice na Jasnej Górze (Polona) - Gorzały przeto stosy po próbie wody... Ponoć ogień oczyszcza... bardziej niż woda...

Jak już z powyższego wywnioskowaliśmy, wedle ówczesnych prawideł, czarownicę spośród zwykłych śmiertelników wyróżniały cztery cechy główne: wyparła się Boga i Trójcy Świętej, spółkowała z diabłem, z którym zawarła wprzódy pakt, a także potrafiła przybierać postacie zwierząt, jak nietoperza, sowy, żaby czy kota. Wiedźmy na mękach najczęściej przyznawały się do uczestnictwa w czarcich sabatach na „łysej górze”, lecz owych „łysych gór” było na Kielecczyźnie kilka, a w całej Rzeczypospolitej wiele, nie wspominając już o Europie, bowiem o pierwszych łysych górach, gdzie odbywały się posiedzenia czarownic, czytamy w dokumentach procesowych pochodzących z terenów zachodniej Europy. Czy chodziło o specyfikę ukształtowania terenu takich gór, czy też nazwa czasem nawiązywała do Golgoty – Góry Czaszki – miejsca ukrzyżowania Chrystusa, a może i jedno, i drugie jednocześnie wchodziło w grę... Dokładnie nie wiadomo. Na terenie Kielecczyzny najbardziej znanymi od wieków miejscami sabatów czarownic są góry – których „łysiny” nie podlegają dyskusji – Łysica i Łysa Góra – w Paśmie Łysogórskim. Z czego Łysica obecnie bardziej jest kojarzona z wiedźmami, być może dlatego, iż Łysej Góry od wieków strzeże już klasztor świętokrzyski, skutecznie wymazując pogańsko – czarcie tradycje tego miejsca.

Góry Świętokrzyskie - czarownica pod Świętym Krzyżem

 A oto i nasza swojska Baba - Jagna;) Najwyraźniej w trybie natychmiastowym - zwanym pilnym;) - salwuje się w panice ucieczką przed Blaskiem Krzyża Świętego... Najprawdopodobniej zmierza lotem koszącym, planując "rozpostarte" lądowanie na kamienistym stoku Łysicy;)

Jedna z torturowanych w 1664 r. kobiet, miała ponoć zeznać jednak konkretnie, iż latała na Łysicę, gdzie to „grał nam latawiec na wielkich skrzypicach”. Jak mogły wyglądać sabaty czarownic na Łysicy – jednej z owych „Gór Wener”, „łysych gór” – opisał ks. B. Chmielowski w swoich „Nowych Atenach...”: „Tam ogień wielki kładą. (...) Tam prezydent kongressu czart siedzi na majestacie, w psiej albo w koźlej postaci, gdzie mu strzygi kłaniają się to klękaniem, to nóg do góry zadzieraniem, świece smolane mu ofiarowując, albo pępek niemowlęcia, całując go w twarz tylną”. Ot co... W końcu XVIII w., mimo sejmowego zakazu, i na Kielecczyźnie miały miejsce przypadki samosądów nad czarownicami, jak np. w roku 1789, kiedy to pod Pińczowem poddano „próbie wody” kilka kobiet i skazano na okrutną chłostę.

Czarci sabat - rysunek z 1710 r.

"Tam prezydent kongressu czart siedzi na majestacie, w psiej albo w koźlej postaci"... a... w lewym dolnym rogu... nasz dobry znajomy - monsieur Oufle... ze swoją nieodłączną "czartopchajką";) - grafika francuska z 1710 r. (Polona)

Zagraniczni turyści docierający pod Łysicę – najczęściej ci z Zachodniej Europy, a zwłaszcza z Niemiec, widząc na straganach z pamiątkami przeróżne kukiełki wiedźm, siedzących okrakiem na miotłach, krzyczą często: – O, nasze czarownice! Jednak najczęściej chodzi o te produkowane masowo – odziane w falbaniaste (często z fartuszkiem) suknie, obute w trzewiki, przyozdobione koronkami, pantalonami i koniecznie noszące na głowach spiczaste czapki. Podobnie wyglądają pamiątki w słynącym z czarownic mieście Salem w USA – aż za oceanem. Nasze, rodzime Baby – Jagi, które przez kilka stuleci żyły tylko w ludowej opowieści, a dopiero na przełomie XIX i XX w. – jako symbol Gór Świętokrzyskich – zostały na nowo odkryte przez polskich regionalistów, strój mają na ogół zgrzebny, a zarazem regionalny: na głowie chusteczka, koszulę nakrywa czerwono – czarna zapaska, poniżej – najczęściej wzorzysta spódnica, no i najczęściej ta nasza wiedźma jest bosa. Jeden – już dziś nieodłącznie kojarzony z wiedźmami – wspólny element – taki, latający, pomost między wiedźmami zachodu i wschodu – stanowi miotła. Chociaż, wg S. Piołuna – Noyszewskiego, i my możemy pochwalić się wycinkiem zachodniej mody w sferze czarnoksięstwa. Pisarz przywołuje bowiem tajemniczą postać dziedzica Koryckiego, który w Górach Świętokrzyskich uprawiał czarną magię, a służba widywała czasem przez dziurkę od klucza, jak przywdziewał spiczastą czapkę oraz czerwony płaszcz i słyszała, jak mamrotał pod nosem tajemne zaklęcia w jakimś niezrozumiałym, szatańskim języku i „złego ducha wywoływał, zmawiał się z czartem na zgubę dusz ludzkich”.

Dwór Koryckiego w Górach Świetokrzyskich

Tak oto mogło wyglądać wnętrze szatańskiego dworu dziedzica Koryckiego, posadowionego onegdaj na skłonie Pasma Łysogórskiego... Koryckiego, któren „złego ducha wywoływał, zmawiał się z czartem na zgubę dusz ludzkich”... Zabawa musiała tam być przednia, aczkolwiek na pewno do zbawienia nie prowadząca;) Ale pewnie czarne dusze tam hasające niewiele się tym przejmowały;) 

Po II wojnie światowej postać świętokrzyskiej czarownicy promowali harcerze, a po raz pierwszy, jako oficjalny symbol regionu, pokazano ją w 1947 r. podczas Świętokrzyskich Dni Kultury (być może dlatego, że – dobrotliwy na pozór – symbol pogaństwa z Łysicy miał zdetronizować Benedyktyński Krzyż z Łysej Góry...).

Dziś wszyscy chcą świętokrzyską czarownicę przedstawiać, jako symbol promujący region, po swojemu – jedni, tradycyjnie, chcą ją widzieć jako pomarszczoną ze starości wiedźmę, pędzącą na miotle w regionalnym stroju, inni – podobnie, ale raczej jako dobrotliwą babę – zielachę, znachorkę (od wielu lat powstają tego typu zabawki, pamiątki i gadżety promocyjne, które, jak zdarta płyta, niewielu już chwytają za serce...), jeszcze inni – i ta koncepcja ostatnio przoduje (powstały także takie plakaty i filmy reklamowe) – jako młodą, piękną, uwodzicielską, pełną wigoru, uśmiechniętą, tryskającą humorem, czarującą czarowniczkę. Jednak istnieje jeszcze jedna koncepcja – na pewno z wielu względów warta rozważenia. Wiedźma łysogórska – jako postać czarna i zawoalowana, złowieszcza i groźna, ale swą grozą nieodgadniona, rodząca strach przed tym, czego nie widać (bo to przeraża najbardziej...), taka, której lot i przeraźliwy, diabelski śmiech będą wyczuwalne i przejmująco słyszalne nad puszczą i gołoborzem... we mgle, lecz prawie niedostrzegalne... czyli taka, która doskonale wpasuje się w mroczny klimat Łysogór, który to w pełni wyczuwał już w dzieciństwie i młodości (zachowując go w pamięci aż do śmierci) Żeromski, pisząc w „Dziennikach” o lesie na Łysicy: „Ten ciemny granat, który jest jakby wilgotny wiecznie, bo wiecznie ta mgła po drzewach się wiesza i milcząca jego groza. Duma i duma stara Łysica, straszna, groźna, kamienista i ponura”.

Czarownik i czarownice - grafika z 1710 r.

A oto i kolejne spotkanie z naszym bardzo już dobrym znajomym - monsieur Oufle, który - ustawicznie sterowany przez czarta - znów znalazł się w bardzo mrocznych i piekielnych okolicznościach... Mnóstwo diabelstwa lata w powietrzu i pląsa po ziemi... monsieur Oufle... najwyraźniej ma już bardzo czarną duszę, która nie należy już do niego... grafika francuska z 1710 r. (Polona)

Prawda jest taka, że ludzie po prostu lubią się... bezpiecznie... bać – wystarczy spojrzeć, jaką popularnością cieszą się horrory (najbardziej te, podczas których oglądania, boimy się nieznanego...) lub, jak są oblegane w lunaparkach tzw. pałace strachu. Trzeba być może zatem, dać ludziom to, czego chcą... Może należałoby przeto, zorganizować na stoku Łysicy specjalną turystyczną ścieżkę grozy w klimacie i stylu amerykańskiego filmu „The Blair Witch Project” – z odgłosami i migawkami nieodgadnionej, przerażającej tajemnicy – aby umrocznić, nowocześnie uprawdopodobnić „milczącą grozę” lasu Łysicy... Czyli, zamiast klimatu czarownic z Salem, klimat legendy o wiedźmach z Blair... Można by również, wzorując się na fabule tego słynnego filmu grozy, organizować na Łysicy konkursy na amatorskie filmy, kręcone w takim właśnie stylu – „TBWP”...

Dopełnieniem takiej „ścieżki grozy” mogłaby być rekonstrukcja chaty czarownicy (może również dworu ww. dziedzica Koryckiego i innych podobnych, legendarnych miejsc – podobne zabiegi stosowane są na świecie, np. w Salem właśnie...), wyglądającej np. tak, jak w powieści W. Przyborowskiego „Król Krak i królewna Wanda”: „Chałupka to była niewielka, z belek grubych zbudowana, mchem i gliną utkana, ukryta w owym wąwozie, między gąszczem leszczyny, jałowca i głogu. Prawie pod samą chatą przepływał potok górski z czystą jak łza wodą, szumiąc i pieniąc się po skalistym, pełnym zagięć i spadków gruncie stanowiącym jego dno. (...) Wszystko tu bowiem było straszne. Dzika okolica, posępna pustka, wyrwy skaliste zakrywające widnokrąg, olbrzymie, odwieczne drzewa, szum potoku i na koniec, na dobitek, ujrzał Zabój rozpiętego na drzwiach chaty, wielkiego puchacza. Skrzydła i ogon miał on przybite kołkami do drzwi i patrzał szklistymi, martwymi, okrągłymi oczami przed siebie. (...) Na kominie gorzało wielkie ognisko i stały przy nim garnki i rynki, i w nich coś głośnego warzyło się, i skwierczało, wydając mocną, kwaśną woń. Tuż przy czarownicy siedział na tylnych łapach jasno oświecony od ognia czarny kot i mrugał patrząc niespokojnie błyszczącymi ślepiami na gości. Po izbie, po glinianej polepie, skakał kruk i sroka, szukając żeru i dziobiąc to i owo. W kącie, przy drewnianych statkach i garnkach, stała łopata i ożóg na krzyż złożone. U pułapu wisiały pęki ziół rozmaitych, olbrzymie jakieś kości, głowa z wielkimi rogami nieznanego zwierza, zasuszone żaby, węże i jaszczurki. Przy ścianie na wprost drzwi, na deskach, leżała trupia główka i pełno białych kości. (...) To wszystko, co było w tej izbie. Ale i tego było dosyć, by zdwoić strach w przybyłych”.

Góry Świetokrzyskie - chata czarownicy

A to znowu nasza stara znajoma - świętokrzyska - typowa - "piekielnica" - czarownica;) We wnętrzu swej chaty czarownej i mrocznej tajemniczy wywar przyrządza;) Aż strach pomyśleć, co w tym garze bulgocze... ;)  

Może, zamiast proponowanych od dawna – pomnika Baby – Jagi i Muzeum Czarownic, właśnie tego typu rozwiązanie – dopasowane do mrocznej przyrodniczej aury Łysicy – byłoby pomysłem trafniejszym... Zresztą łysogórskie czarownice, diabły i insze piekielniki stały się inspiracją dla różnego rodzaju twórców, a m.in. ludowych artystów rzeźbiarzy, jak np.: Wojciech Grzędowski – wykonawca m.in. rzeźby pt. „Jak baba z diabłem się prowadzała”; Zdzisław Purchała – autor m.in. rzeźb „Diabelski skrzypek” i „Czarownica”; czy Andrzej Kozłowski, strugający z upodobaniem swoje „Diabelce” i „Diabolice”. Natomiast znany kielecki konstruktor modeli latających, wielokrotny mistrz świata w modelarstwie – Władysław Herbuś, wykonał „Latający żart, czyli czarownicę”, zaś popularny powieściopisarz – związany z Kielecczyzną – Longin Jan Okoń (twórca znakomitych powieści o tematyce indiańskiej) – w opowiadaniu „Klęska Boruty”, zawartym w książce swojego autorstwa pt. „Opowieści niedźwiedziego grodu”, która powstała w oparciu o ludowe legendy – opowiada historię Tiny – pięknej córki cygańskiego króla Werana (koczującego ze swym ludem w świętokrzyskich kniejach), porwanej przez diabła Borutę za namową łysogórskiej czarownicy Jaromy. Wątpliwe jest natomiast, aby Joanne Kathleen Rowling była kiedykolwiek na szczycie Łysicy i aby zainspirowało ją to do napisania cyklu powieści o czarodzieju Harrym Potterze (krytykowanych przez najsłynniejszych egzorcystów świata). Można jeszcze dodać, że w marcu 2000 r. w Kielcach i na terenie Łysogór odbył się Sabat Krystyn – Wielki Zjazd Krystyn z całej Polski, odpowiednio „czarująco” przebranych, pod hasłem „Wróżki, czarownice, czarodziejki”, z udziałem m. in. Krystyny Bochenek, Krystyny Jandy czy Krystyny Czubówny.

Oprócz wyżej przytoczonych legend i podań związanych z Łysicą, istnieje jeszcze wiele innych, lecz może – nie przedłużając – wspomnijmy jeszcze tylko postać legendarnego zbója świętokrzyskiego – Kaka, Kakusem także zwanego, który, jak pisał J. Ozga – Michalski, „z rozboju sed i do Łysicy wracoł”, bowiem tutaj miał swoją zbójecką kryjówkę… Ale to już temat na zupełnie inną opowieść…

Zapędziłem się nieco w rozważaniach czarodziejsko – mrocznych;) i moja furtka myślowa – zakładka – margines – napęczniała na tyle, że poczęła przenikać do opowieści, skierowanej ku moim kochanym uczniakom licealnym z Mińska, którzy – nie nawykli do chłodów Łysicy – trzęsą się już i prawie szczekają zębami;) Czas najwyższy kończyć – zgrabną pointą – opowieści łysickie…

Wystarczy im, i mi wystarczy;) Schodzimy – znów rozerwanym peletonem;) – „głaźną drogą” ku źródełku św. Franciszka… Mgła gęstnieje, mrok coraz bardziej ogarnia jodły i buki… Jakiś dziwny szelest słychać w koronach drzew – jakby coś delikatnie w locie muskało ich gałęzie… Cichy szmer przechodzi w jakiś dziwny chargot – chargot w przeciągły jęk – jęk w skowyt  - skowyt w czarny krzyk…

No dobra… Znów mnie poniosło;) Chyba, że inni uczestnicy wycieczki też to słyszeli;) Mijamy Franciszka – tu krótka opowieść, do której kiedyś powrócę, by się z Wami nią podzielić, przechodzimy obok klasztorku i nieuchronnie zmierzamy do autokaru…  To już koniec na dziś… Pożegnanie… Odjazd ku północy… Zapada zmierzch… Ciekawe, co teraz dzieje się na Łysicy…